Mówicie - "spieszmy się kochać" za poeetą. A co z rzeczywistością? Na codzień jak się okazuje 80% ludzi, których spotykamy jest nie wartych krztyny nawet zaufania! Spójrzmy prawdzie w oczy! Świat jest pełen fałszywych ludzi, przekrętów i kłamstwa! Tak jest, ale nie myślcie, że roztaczam tu jakieś potwornie pesymistyczne wizje! O nie! To napisałam dla uświadomienia, że niestety, ale trzeba strasznie uważać komu się ufa. Tak to wygląda w teorii. Natomiast w życiu jest inaczej.
Na codzień, gdy poznajemy nowych ludzi, to poznajemy ich przez naszych znajomych bądź przyjaciół. Zatem to, na kogo trafimy zależy od tego, jakich mamy przyjaciół i z kim oni sie zadaja. Jak chodzi o tracenie przyjaciół to tracimy ich zazwyczaj zmieniajac środowisko. Takie przyjaźnie z podstawowki małe mają szanse na przetrwanie, bo wtedy bylismy calkiem szczeniakami i nic nie wiedzielismy, nie dobieralismy ostrożnie znajomych. Ci nieliczni ktorzy z tamtych czasow zostali to skarby! Teraz nadal jestesmy szczeniakami, ale jak widzimy po tych mailach - dorastamy. Dorastamy, widzimy jacy na prawde są ludzie, doswiadczamy zawodow. To część dorastania, choc boli, to uczy tych, ktorzy zdają sobie z tego sprawę.
Jednak bez pesymizmu zbytniego. Owszem, świat jest pełen drani, ale moment! - wszyscy jesteśmy na tyle silni i jednak dojrzali, aby umieć zaufac ludziom - nazwijmy to - wyselekcjonowanym i ewentualnie poniesc porazke! Niestety zycie uczy nas, że na wielu osobach nie można polegać w 100% i liczyc w 100% - mozna tylko co najwyżej na siebie! Ale nie mowię, że nie wolno ufać, ani na nikogo liczyć. Moim zdaniem nie zawadzi zaufać, a potem nawet dostać w twarz bo jak już kiedyś Madzi powiedziałam - lepiej żałować, że się zaufało, niż żałować, że się nie zaufało i przez to się wszystko straciło.
Ludzie się zmieniają. Dziś jest tak, jutro inaczej. Gdy kogoś dawno nie widzieliśmy nie możemy oczekiwać, że zastaniemy człowieka takim samym, jakim był. Ludzie odchodzą. Tak jest i pora się z tym pogodzić. Są wspomnienia, szacunek, ale życie też. Gdy ktoś umiera na pewno żałujemy, że wielu rzeczy tej osobie nie powiedzieliśmy, ale (jeżeli staramy się na codzień nie chować żadnych uraz do nikogo zbyt długo) na pewno i tamta osoba wiedziała dobrze, co byśmy chcieli powiedzieć. Gdy ktoś odchodzi i żyje obok, też żałujemy, bo nie będziemy już mieli okazji przekazać tego co byśmy chcieli, co chcieliśmy, ale nie zdążyliśmy, czy nie zauważyliśmy. Ale nie można się tym martwić. Teraz już wiemy, żeby następnym razem robić więcej ryzykując, bo lepiej chyba (moje zdanie) doświadczyć zawodu, niż potem wyrzucać sobie to, że byliśmy chłodni!
A w ogóle, żeby dodać coś całkiem osobistego to powiem, że życie na prawdę jest trudne. Często stoimy na tym cholernym parapecie, po kolejnym kopie od życia, bo myślimy, że kolejnego kopa byśmy nie znieśli, a tak będzie krócej i bezboleśnie. Stoimy i świetnie zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy skończonymi idiotami tak stojąc i myśląc o tym, o czym myślimy! Po chwili oczywiście znajdujemy kolejną porcję pierdolonej nadziei (jak kiedyś napisałam - jest jej w nas więcej niż byśmy mogli przypuszczać! - nawet jak nie dajemy jej szansy przeżycia!). I cyrk zaczyna się znowu! Najgorzej jest jak się okazuje, że po 6 duuuuużych kopach i po kolejnym podniesieniu się nie mamy właściwie nic do oparcia się. Po prostu jesteśmy gdzieś, zawieszeni między obowiązkami, a wątpliwymi przyjemnościami. Przyjaciele są, ale jakby nie tam i nie wtedy kiedy trzeba, bo każdy ma własne kłopoty. A potem nagle pojawia się nadzieja większa, nagle nie możemy nawet uwierzyć w to, że wszystko zmierza w pięknym kierunku, że będzie dobrze. Nauczeni życiem, nie wierzymy w to długo. Ale jest to tak prawdziwe, że w końcu wierzymy. Ledwo zdążymy podtrzymać nadzieję, a tu nagle łup! Dostaliśmy po plecach na caaaaaałej lini! Leżymy i dobrze wiemy, że to nasza własna wina, że uwierzyliśmy w nadzieję! Stwierdzamy, że już nigdy nie uwierzymy w poprawę losu. I tak dalej w koło Macieju! STOP
A ja... ja po 3 takim leżeniu nagle doznalam olsnienia - olewam wszystko. Uwolniłam się od wszelkich wielkich nadziei na cokolwiek. Kilka osób, których czasem jeszcze nawet do końca nie zdążyłam poznać, mnie zawiodło i wiecie co? - nauczyło mnie to żyć dla samej siebie! Wyjść gdzieś. Mam dużo miłości do zaoferowania (co btw. wyszło już po tym jak przestałam mieć komu, lol ;-> ) to skoro nie ma nikogo, komu mogłabym ją dać, mogąc oczekiwać coś takiego samego, to poświęcę tę energię z niej płynącą sobie! Zakręcone? Wiem. Pewnie już tam zasnęliście wszyscy! Przepraszam, ale jak już zabrałam się za pisanie to musiałam przynajmniej częściowo temat wyczerpać!
Ryzyko jest w każdym momencie! Bo każdy z nas myśli inaczej i ryzykiem jest mówienie czegokolwiek, gdyż nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak to ta druga osoba odbierze. Dlatego bym się ryzykiem nie przejmowała! nie ma co gadać, trzeba się starać! (taki mały cytacik ;-> ) Starać się, a wtedy rośnie szansa doświadczenia tego samego od strony innych. Myślmy o innych!
A na koniec powiem, że nie można uciekać od tego, co nas rani (nie myśleć), ale trzeba umieć uwierzyć w siebie! Ja myślałam, że już po tym wszystkim, po tych wszystkich ludziach nie będę umiała wstać i dalej iść, i ni stad, ni z owąd coś sobie przypomniałam, jakiś szalony spacer po górach i zdałam sobie sprawę, jak wiele mam do zaoferowania. Wiadomo - żaden ze mnie ideał, ale nie o to chodzi! Ideałów nie ma! Każdy popełnia błędy. Grunt, żeby się z nich uczyć. Być sobą, nawet jeżeli czasem nam odbija to umieć wrócić do "normy". A jak mówię "do zaoferowania" to nie mówię tylko o miłości. Miłość sama w sobie, nic nie wnosząca może zamęczyć. Uważam (kto się nie zgadza tego rozumiem), że ważne jest to, żeby być kimś ciekawym, nawet nie mając pasji przewodniej, mieć jakiś wyznacznik siebie. Ja lubię w sobie to, że umiem przystosować się do każdej sytuacji - tak samo dobrze się czuję na wysokich obcasach, w towarzystwie eleganckich ludzi z tzw. "wyższych sfer", jak i pogryziona przez komary, siedząc (nie domyta z powodu braku ciepłej wody bierzącej) przed namiotem na pieńku i pijąca piwo ze znajomymi. Nie mówię nie, niczemu co jest "etyczne" i "moralne" (w cudzusłowiu, bo to rzecz względna i zalezy od człowieka). Każdy może znaleźć w sobie takie cechy, za które się lubi, i z którymi się dobrze czuje. I wtedy nie ważne to, czy mamy akurat w danej chwili z kim to dzielić. Każdy ma poczucie własnej godności. Każdy ma poczucie własnej wartości, ale ważne żeby w tym wszystkim wierzyć w siebie, nawet będąc samemu. Gdyż gdzieś tam są ludzie, których spotkamy pewnego dnia, i którzy pozwolą nam żyć tak, jak chcemy i będą tymi, którym będziemy mogli zaufać.
PS. Sorry że wyszło takie drętwe wymądrzanie się. To są takie rzeczy pisane na wyczucie, prosto jakby można powiedzieć z serca, rady dla mnie samej, żeby było łatwiej. Prawda jest taka, że większość z nas w życiu o takich rzeczach nie myślała, i jakby to ktoś taki przeczytał, to mam świadomość, że pomyślał sobie (cytuję): "Jakie pierdolenie! Gówno prawda! Jakie bzdury!"
PS. Tym sposobem z wywodu o przyjazni zrobił się wywód o pesymizmie, optymizmie i wierze w siebie. Ech, ale przekazałam dużo myśli, na szczęście nikt nie jest na tyle samobójcą, żeby to czytać ;)
PSS. Jak już mówię, to przynam, że zapomnieć czasem się nie da, ale warto wybaczać. Warto, bo inaczej wiele bym nam przed nosem przeszło z powodu idiotycznego "obrażenia". Faktów nie da się zmienić, sami siebie możemy czasem zaskoczyć i warto mieć wtedy kogoś kto nam wybaczy. Ech, po prostu pozytywne podejście. Ludzie się zmieniają nie tylko na gorsze! Dużo zmienia się na lepsze! A zmiany zazwyczaj są dowodem rozumienia błędów, uczenia się! Trzeba to docenić... chyba, że ktoś robi dokłądnie na odwrót - zmiania się tracąc wszystkie dobre wartości, ale to temat na inny wywód.