Zaczęło się to dzisiaj, rano... nie nie rano, rano było wesoło... ale na niemieckim coś mnie złapało. Nie wiem co to było, może jesień, z kilkudniowym opóźnieniem. Jedyne pewne to to, że przyszło i jest. Jedna z niewielu rzeczy, którą trudno stracić. Wtedy Kitfon miała ten zeszyt. Pamiętam jak wpisywałam do niego wiersze - półtora roku temu. Czasem w takich chwilach nie wiele trzeba, aby stracić zapał do czegokolwiek. "How long must I stand this pain go on? Waiting for the night, waiting for the right time to run, why can't we just run away?". "RYCZY" Lionel.
A na pierwszej stronie w zeszycie widnieje: "I hope you're feeling happy now, I see you feel no pain at all, it seems. I wonder what you're doin' now, I wonder if you think of me at all". I to jest to.
Często coś nas boli, ale jesteśmy ponad tym, wiemy, że nie powinno nas boleć, w związku z czym mówimy rzeczy zaprzeczające temu, że nas boli. Ranimy siebie samych jeszcze bardziej, Jak prosto byłoby powiedzieć wprost wszystko co jest w nas. Ale są sytuacje kiedy nie wolno. Po prostu nie wolno, bo wtedy można dostać w policzek z drugiej strony. Wtedy, cytując wiersz Agaty G." Jest późno, zbyt późno; żeby siedzieć i myśleć; o Tobie, szczególnie; dzisiaj, czuję się jakbym; dostała w twarz z dwóch stron naraz; i nawet nie wiem w którą stronę mam się odwrócić". I byłabym w stanie dać w twarz temu, kto napisał "Nie ma lepszego lekarstwa niż nadzieja, nie ma równie skutecznej zachęty, ani równie poężnego środka pobudzającego, jak nadzieja na coś, co zdarzy się jutro". Bo to bzdura!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Nadzieja niszczy!
Nadzieję na "lepsze jutro" można mieć, ale ile? Nadzieja ma sens, jeśli choć czasem się spełnia. Ale załóżmy, że ktoś ma nadzieję, codziennie rano wstaje, uśmiecha się do siebie i mówi: "Dziś na pewno coś się zmieni, ja się postaram, będę wesoły, nie może być źle". Ale każdego wieczoru ten ktoś kładzie się spać i usiłuje zasnąć jak najszybciej, by nie dopóścić do siebie myśli, że znów jest tak samo. Ten ktoś czuje, że znów nic nie wyszło, nie jest lepiej, a nawet jest gorzej. Załóżmy, że ten ktoś nawet wmawia sobie, że jest lepiej, próbuje wszystkiego, czego może, aby było lepiej, ale za każdym razem dostaje coraz większego kopa od losu. Każdy ma upadki i wzloty, raz jest lepiej, raz gorzej - wiadomo. Ale co jeśli ten ktoś nieustannie spada? Całymi siłami stara się złapać czegoś, próbuje za wszelką cenę. Udaje, że jest wpaniale, śmieje się nawet pewnie, nikt nawet nie wie, że ten ktoś może płakać. Jemu samemu trudno też w to uwierzyć, gdy płacze, co zdarza się pewnie rzadko. Powiedzcie jak długo taki ktoś może żywić nadzieję? Kiedy jest jej kres. Kiedyś napisałam "Jest w nas więcej nadziei niż umysł ludzki może objąć". A dziś się pytam czy to znaczy, że jest jej nieskończoność? Czy starczy jej do końca. Czy takiemu komuś starczy jej, aż jego los sięgnie dna? A może nadzieja kończy się o wiele wcześniej? Może ten ktoś pewnego dnia wstaje i już nie umie mówić sobie, że będzie lepiej?
Jedna mądra Francuzka powiedziała: "Okropnie przykro jest patrzeć jak umiera nadzieja", ale czy ona wiedziała jak to jest, gdy umiera nadzieja na życie. Znaczy, jeżeli taki człowiek, aby widzieć sens we wszystkim co robi, potrzebuje jakiegoś punktu odniesienia, potrzebuje czegoś, czego nie ma i czeka właśnie na to coś, ma nadzieję, że to w końcu "zostanie mu dane" i tego czegoś nie dostaje - czy taka nadzieja umiera kiedyś w człowieku? A jeśli tak, to co się dzieje z takim człowiekiem? Czy znika powoli, czy z hukiem, czy może to świat znika dla niego?
Ale nie tylko to mi przyszło dzisiaj na myśl. Myślałam też o tym, że świat ani trochę nie jest taki, jak w wierszach. Nie odkryłam tego. Wiedziałam to dobrze zawsze! Ale tak jest, że czasem spotykamy ludzi, którzy są jakby ucieleśnieniem wielu marzeń zawartych w wierszach. Znamy te osoby dobrze, uczymy się koło nich żyć. A potem nagle trach - okazuje się, że nie. To nie tak. Oni grali, my ich źle widzieliśmy, nasze wyobrażenia szlag trafia. I wtedy tak bardzo jest się złym, gdy czyta się coś, co potwierdza nasze odczucia. Jak powiedział T.Dreiser: życie to cholerna, śmierdząca, zdradziecka gra i dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć osób na tysiąc to świnie. A najlepiej mówi o niedowierzaniu w takie sytuacje Pawlikowska-Jasnorzewska: Ach, długo jeszcze poleżę w szklanej wodzie w sieci wodorostów zanim nareszcie uwierzę że mnie nie kochano poprostu
Życie jest chamskie. Nie można być dobrym. Są ludzie szczęśliwi. Owszem. Jest ich pełno. Ale najczęściej szczęście spotyka tych bezwzględnych. Najmniej jest szczęśliwych dobrych ludzi. Ludzi szczerych i prawdziwych. Ktoś napisał coś co przenika mnie do szpiku kości: "Miłości nie ma, łapiesz to? Jest miłość: w filmach, w poezji, w wyobrażeniach o miłości. Ale prawdziwej miłości nie ma. Czego się spodziewać po ludziach, którzy łatwiej zabijają się, niż budują?! Czego się spodziewać po ludziach, którzy wierzą w jednego boga - pieniądz?! Którzy czekają wyłącznie na seks, realizują własny egoizm, traktują partnera jak przedmiot, bezwzględnie porzucają, gdy im się znudzi! Nie wierzę w miłość! Jest niemożliwa!"
Wobec tego bzdurą jest cały Lionel Richie. On nie istnieje, jest sztuczny. Nie może istnieć ktoś, kto wierzy w miłość tak jak osoba z tych piosenek. On mówi, że kocha i czeka, kocha i tęskni, kocha i ona jego, kocha i żałuje. Nie ma takiego pojęcia. Jesteśmy wytworem współczesnym - komercyjnym, nastawionym na konsumpcję, perfekcyjni egoiści. Udajemy. A jak przychodzi co do czego - martwimy się tylko własnym bólem. Zostawiamy to na czym nam zależało. Istnieje dla nas tylko nasz własny ból. Ale nie mówię, że to źle. Tak jest, taki jest świat. Oczywiste jest, że gdy ktoś cierpi, nie poświęci wiele uwagi cierpieniu innych bo po prostu NIE DA SIĘ. Chyba, że się do tego przywyknie. Do bólu też można przywyknąć.
Tak, bo "życie człowieka to męczarnia, na szczęście UMIERAMY".
Czasem okazuje się, że nie znaczymy na tyle dużo dla innych, aby włożyli oni całe siły, lub poświęcili cokolwiek, aby sprawić nam radość, nawet raz na bardzo długi czas. Po prostu okazuje się, że jak przychodzi co do czego, każdy jest egoistą. Ludziom nie chce się pomagać. Mówią, że są, pomagają, ale... tak długo jak im to odpowiada. Takie jest życie - można powiedzieć. A "Czasami trzeba usiąść obok, czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy samkować będą jak szczęście"
Tak wiele do zrobienia zajęta sprawami ważnymi dni mijają mi coraz szybciej nie dbam o nie nic nie znaczą Udaję, że nie zauważam czającej się w domu ciemnej pustki ona krzyczy do mnie , ale udaję, że nie słyszę trudno jest wieczorem patrzeć w jej wielkie oczy i usiłować myśleć o sprawach ważnych każdego dnia zabijam ją Niszczę potrzebę zatrzymiania się przy czyimś boku. Pogodziłam się z faktem , że nie ma i nie będzie ramion szerokich wokoło <26.09.01>
To wstęp do części o samotności. Najgorsza jest pustka domu. Zimą nie chce się wyjść. Wracamy po południu w pośpiechu do domu. Tam pusto, ponuro. Zajmujemy się tym, czym mamy. Nie, nie nudzimy sie. Siadamy i zapalamy światło. A gdy gasimy je zdajemy sobie sprawę, że nikt nie czeka na nasz telefon. Ani my nie oczekujemy telefonu. I jest cisza. Nieprzerwana. A w ciszy lęgnie się strach. Nikt dla nas nigdy nie napisze piosenki, nie zadedykuje wiersza, nawet nie zaskoczy listem. Nie mamy na co czekać. Taka jest prawda, nie czarujmy się! Podnosimy słuchawkę i co? Głuchy sygnał, a po drugiej stronie ktoś odbiera i mówi, że nie może rozmawiać, że jest zajęty, że wyszedł, że z kimś jest, że jest szczęśliwy, że unosi się gdzieś wysoko. Z nogami spuszczunymi z parapetu życia zajmujemy myśli sprawami ważnymi. Wtedy radio gra zawsze te piosenki, które coś znaczą. A do nas nie podejdzie nikt mówiąc jak Snoop - "What you're crying for? Don't you know that you're too damn good to be crying?!Come here!"
Mariah: Late at night, like a little child wondering 'round alone in my new man's home on my ... tone so that he won't know I still cry baby over you and me Snoop: Baby hear me when I say let that man be on his way don't even waste your time it were by how he handles things"
Mieliśmy ostatnio kazję obejrzeć Quo Vadis. Znalazłam tam kult tak uniwersalnych wartości jak czystość i szczerość. Tak uniwersalnych a tak rzadkich na codzień. Pędzimy gdzieś, w jakimś amoku. Nie mamy czasu usiąść i pogadać, usiąść i pomyśleć.
A co do mnie to chciałam powiedzieć, że powyższe nie jest bzdurą, i czasem każdy z nas tak myśli. Napisałam coś, co już wielu przede mną napisało, o wiele lepiej. A wy jak chcecie wyrzućcie to. Ale "When your day is long, and the night, the night is your's alone, and you're sure you've had enaugh, hang on, don't let yourself go, cause everybody cries and everybody hurts"