W dniach młodości - rzekł ojciec - martwiło mnie to
I o mózg mój wpadałem wciąż w trwogę,
Lecz dziś, kiedy wiem już, że nie mam tam go,
Nieustannie na łbie stawać mogę.
Jesteś stary - rzekł syn - jak się rzekło, i ach,
Niepomiernie zrobiłeś się gruby,
Ale salto przed chwilą wykonałeś przy drzwiach;
Skąd ta sprawność, tatusiu mój luby?
W dniach młodości - rzekł ojciec gładząc loki swe -
Sprawność członków mych stała się wielka,
Gdyż tę maść za szylinga wcierałem wciąż w nie...
Chcesz, to sprzedam ci cztery pudełka?
Jesteś stary - rzekł syn - a sędziwość twych szczęk
Kisiel tylko ci jadać pozwala,
Lecz wraz z kośćmi i dziobem zjadłeś dziś całą gęś...
Racz powiedzieć, jak mogłeś to zdziałać?
W dniach młodości - rzekł ojciec - co dzień i co noc
Wiodłem z żoną dysputy prawnicze,
Co mym szczękom nadało ogromną tak moc,
Że przetrwała przez całe me życie.
Jesteś stary - rzekł syn. - Głupstwem zdaje się myśl,
Że twe oko wciąż sprawnym być może,
Ale oto bez trudu balansujesz do dziś,
Z wielką wprawą, na nosie węgorzem...?
Trzy pytania zadałeś. Mam ich na dziś już dość,
Mój ty mędrku - rzekł ojciec chłopaka.
- Jeszcze jedno pytanie, a ogarnie mnie złość.
Precz stąd, głupcze, bo dam ci kopniaka!