W I E D Ź M I N
Andrzej Sapkowski
----------------------------
I
Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy od bramy
Powroźniczej. Szedł pieszo, a objuczonego konia prowadził za uzdę. Było
pó
Źne popołudnie i kramy powroŹników i rymarzy były już zamknięte, auliczka pusta. Było ciepło, a człowiek ten miał na sobie czarny płaszcz
narzucony na ramiona. Zwracał uwagę.
Za
trzymał się przed gospodą "Stary Narakort", postał chwilę,posłuchał gwaru głosów. Gospoda, jak zwykle o tej porze, była pełna ludzi.
Nieznajomy nie wszedł do "Starego Narakortu". Pocią
gnął konia dalej,w dół uliczki. Tam była druga karczma, mniejsza, nazywała się "Pod Lisem".
Tu było pusto. Karczma nie miała najlepszej sławy.
Karczmarz uniósł głowę znad beczki kiszonych ogórków i zmierzył
go
¶cia wzrokiem. Obcy, ciągle w płaszczu, stał przed szynkwasem sztywno,nieruchomo, milczał.
- Co podać?
- Pi
wa - rzekł nieznajomy. Głos miał nieprzyjemny.Karczmarz wytarł ręce o płócienny fartuch i napełnił gliniany kufel.
Kufel był wyszczerbiony.
Nieznajomy nie był stary, ale włosy miał prawie zupełnie białe. Pod
płaszczem nosił wytarty skórzany kubrak, sz
nurowany pod szyją i naramionach. Kiedy ¶ci
ągnął swój płaszcz, wszyscy zauważyli, że na pasie zaplecami miał miecz. Nie było w tym nic dziwnego, w Wyzimie prawie
wszyscy chodzili z broni
ą, ale nikt nie nosił miecza na plecach niby łukuczy kołczana.
Nieznajomy nie usiadł za stołem, pomiędzy nielicznymi go¶ćmi, stał
dalej przy szynkwasie, godz
ąc w karczmarza przenikliwymi oczami. Pociągnąłz kufla.
- Izby na nocleg szukam.
- Nie ma - burkn
ął karczmarz, patrząc na buty go¶cia, zakurzone ibrudne. - W "Starym Narakorcie" pytajcie.
- Tu bym wolał.
- Nie ma - karczmarz rozpoznał wreszcie akcent nieznajomego. To był
Riv.
- Zapłacę - rzekł obcy cicho, jak gdyby niepewnie.
Wtedy wła¶nie zaczęła się ta cała paskudna historia. Ospowaty drą
gal,który od chwili wej¶cia obcego nie spuszczał z niego ponurego wzroku,
wstał i podszedł do szynkwasu. Dwójka jego towarzyszy stanęła z tyłu, nie
dalej niż dwa kroki.
- Nie ma miejsca, hultaju, rivski włóczęgo - charknął ospowaty,
staj
ąc tuż obok nieznajomego. - Nie trzeba nam takich jak ty tu, wWyzimie. To porz
ądne miasto!Nieznajomy wzi
ął swój kufel i odsunął się. Spojrzał na karczmarza,ale ten unikał jego wzroku. Ani mu było w głowie bronić Riva. W końcu, kto
lubił Rivów?
- Każdy Riv to zł
odziej - ciągnął ospowaty, zionąc piwem, czosnkiem izło¶cią. - Słyszysz, co mówię, pokrzywniku?
- Nie słyszy. Łajno ma w uszach - rzekł jeden z tych z tyłu, a drugi
zarechotał.
- Płać i wyno¶ się! - wrzasnął dziobaty.
Nieznajomy dopiero teraz spojrza
ł na niego.- Piwo skończę.
- Pomożemy ci - syknął drą
gal. Wytrącił Rivowi kufel z ręki ijednocze¶nie chwytaj
ąc go za ramię, wpił palce w rzemień przecinającyskosem pier¶ obcego. Jeden z tych z tyłu wzniósł pię¶ć do uderzenia. Obcy
zwin
ął się w miejscu, wytrącając ospowatego z równowagi. Miecz zasyczał wpochwie i błysnął krótko w ¶wietle kaganków. Zakotłowało się. Krzyk. Kto¶
z pozostałych go¶ci runął ku wyj¶ciu. Z trzaskiem upadło krzesło, głucho
mlasnęły o podłogę gliniane naczynia. Karczmarz - usta mu dygotały
- patrzył na okropnie rozrą
baną twarz ospowatego, który wczepiwszy palce wbrzeg szynkwasu, osuwał się, niknął z oczu, jak gdyby tonął. Tamci dwaj
leżeli na podłodze. Jeden nieruchomo, drugi wił się i drgał w rosną
cejszybko ciemnej kałuży. W powietrzu wibrował, ¶widrują
c uszy, cienki,histeryczny krzyk kobiety. Karczmarz zatrz
ąsł się, zaczerpnął tchu izacz
ął wymiotować.Nieznajomy cofn
ął się pod ¶cianę. Skurczony, spięty, czujny. Miecztrzymał oburą
cz, wodząc końcem ostrza w powietrzu. Nikt się nie ruszał.Zgroza, jak zimne błoto, oblepiła twarze, skrępowała członki, zatkała
gardła.
Strażnicy wpadli do karczmy z hukiem i szczękiem, we trzech.
Musieli być w pobliżu. Okręcone rzemieniami pałki miel
i w pogotowiu, alena widok trupów natychmiast dobyli mieczy. Riv przylgn
ął plecami do¶ciany, lew
ą ręką wyciągnął sztylet z cholewy.- Rzuć to! - wrzasnął jeden ze strażników rozdygotanym głosem. - Rzuć
to, zbóju! Pójdziesz z nami!
Drugi strażnik kop
nął stół, nie pozwalający mu obej¶ć Riva z boku.- Leć po ludzi, Treska! - krzyknął do trzeciego, trzymającego się
bliżej drzwi.
- Nie trzeba - rzekł nieznajomy, opuszczając miecz. - Sam pójdę.
- Pójdziesz, psie nasienie, ale na powrozie! - rozdarł się
tenrozdygotany. - Rzuć miecz, bo ci łeb rozwalę!
Riv wyprostował się. Szybko chwycił klingę pod lewą pachę, a prawą
,uniesion
ą do góry, w stronę strażników, nakre¶lił w powietrzuskomplikowany, szybki znak. Błysnęły ćwieki, którymi gęsto nabijane był
ydługie aż do łokci mankiety skórzanego kaftana.
Strażnicy momentalnie cofnęli się, zasłaniają
c twarze przedramionami.Który¶ z go¶ci zerwał się, inny znowu pomknął ku drzwiom. Kobieta znów
zakrzyczała, dziko, przeraŹ
liwie.- Sam pójdę - powtórzył
nieznajomy dŹwięcznym, metalicznym głosem.- A wy trzej przodem. Prowad
Źcie do grododzierżcy. Drogi nie znam.- Tak, panie - wymamrotał strażnik, opuszczając głowę. Ruszył ku
wyj¶ciu, ogl
ądając się niepewnie. Dwaj pozostali wyszli za nim, tyłem,pospiesznie. Nieznajomy poszedł w ¶lad, chowają
c miecz do pochwy, asztylet do cholewy. Gdy wymijali stoły, go¶cie zakrywali twarze połami
kubraków.
II
Velerad, grododzierżca Wyzimy, podrapał się w podbródek, zastanowił
się. Nie był ani zabobonn
y, ani bojaŹliwy, ale nie u¶miechało mu siępozostanie z białowłosym sam na sam. Wreszcie zdecydował się.
- Wyjd
Źcie - rozkazał strażnikom. - A ty siadaj. Nie, nie tu. Tamdalej, je¶li wola.
Nieznajomy usiadł. Nie miał już ani miecza, ani czarnego płas
zcza.- Słucham - rzekł Velerad, bawiąc się ciężkim buzdyganem leżą
cym nastole. - Jestem Velerad, grododzierżca Wyzimy. Co mi masz do powiedzenia,
mo¶ci rozbójniku, zanim pójdziesz do lochu? Trzech zabitych, próba
rzucenia uroku, nie
Źle, całkiem nieŹle. Za takie rzeczy u nas w Wyzimiewbija się na pal. Ale ze mnie sprawiedliwy człek, wysłucham cię przedtem.
Mów.
Riv rozpi
ął kubrak, wydobył spod niego zwitek białej koŹlej skóry.- Na rozstajach, po karczmach przybijacie - powiedział cicho.
- Prawda to, co napisane?
- A - mrukn
ął Velerad, patrząc na wytrawione na skórze runy. - Totaka sprawa. Że też od razu się nie domy¶liłem. Ano, prawda,
najprawdziwsza. Podpisane jest: Foltest, król, pan Temerii, Pontaru i
Mahakamu. Znaczy, prawda. Ale orędzie orędziem, a prawo prawem. Ja tu, w
Wyzimie, prawa pilnuję i porządku! Ludzi mordować nie pozwolę!
Zrozumiałe¶?
Riv kiwn
ął głową na znak, że zrozumiał. Velerad sapnął gniewnie.- Znak wied
Źmiński masz?Nieznajomy znów sięgnął w rozcięcie kaftana, wygrzebał okrągły
medalion na srebrnym łańcuszku. Na medalionie wyobrażony był łeb wilka z
wyszczerzonymi kłami.
- Imię jakie¶ masz? Może być byle jakie, nie pytam z ciekawo¶ci,
tylko dla ułatwienia rozmowy.
- Nazywam się Geralt.
- Może być i Geralt. Z Rivii, jak wnoszę z wymowy?
- Z Rivii.
- Tak. Wiesz co, Geralt? Z tym - Velerad klepn
ął w orędzie otwartądłonią - z tym daj sobie spokój. To poważna sprawa. Wielu już próbowało.
To, bracie, nie to samo, co paru obwiesiów pochlastać.
- Wiem. To mój
fach, grododzierżco. Napisane jest: trzy tysiąceorenów nagrody.
- Trzy tysi
ące - Velerad wydął wargi. - I królewna za żonę, jakludzie gadaj
ą, chociaż tego miło¶ciwy Foltest nie dopisał.- Nie jestem zainteresowany królewn
ą - rzekł spokojnie Geralt.Siedział nieruchomo z rękami na kolanach. - Napisane jest: trzy tysią
ce.- Co za czasy - westchn
ął grododzierżca. - Co za parszywe czasy!Jeszcze dwadzie¶cia lat temu, kto by pomy¶lał, nawet po pijanemu, że takie
profesje będą
? WiedŹmini! Wędrowni zabójcy bazyliszków! Domokrążnipogromcy smoków i utopców! Geralt? W twoim cechu piwo wolno pić?
- Pewnie.
Velerad klasn
ął w dłonie.- Piwa! - zawołał. - A ty, Geralt, siadaj bliżej. Co mi tam.
Piwo było zimne i pieniste.
- Parszywe czasy nastały - monologował Velerad pocią
gając z kufla.- Namnożyło się wszelkiego plugastwa. W Mahakamie, w górach, aż roi się od
bobołaków. Po lasach dawniej aby wilki wyły, a teraz akurat: upiory,
borowiki jakie¶, gdzie nie spluniesz, wilkołak albo inna zaraza. Po ws
iachrusałki i płaczki porywają dzieci, to już idzie w setki. Choroby, o jakich
nikt dawniej nie słyszał, włos się jeży. No i jeszcze to do kompletu!
- popchn
ął zwitek skóry po blacie stołu. - Nie dziwota, Geralt, że takipopyt na wasze usługi.
- To k
rólewskie orędzie, grododzierżco - Geralt uniósł głowę.- Znacie szczegóły?
Velerad odchylił się na krze¶le, splótł dłonie na brzuchu.
- Szczegóły, mówisz? A znam. Nie to, żeby z pierwszej ręki, ale z
dobrych
Źródeł.- O to mi wła¶nie chodzi.
- Uparłe¶ się. Jak chcesz. Słuchaj - Velerad popił piwa, sciszył
głos. - Nasz miło¶ciwy Foltest jeszcze jako królewicz, za rzą
dów staregoMedella, swojego ojca, pokazywał nam, co potrafi, a potrafił wiele.
Liczyli¶my, że mu to z wiekiem przejdzie. A tymczasem
krótko po swojejkoronacji, zaraz po ¶mierci starego króla, Foltest przeszedł samego
siebie. Aż nam wszystkim szczęki poopadały. Krótko mówiąc: zrobił dziecko
swojej rodzonej siostrze Addzie. Adda była młodsza od niego, zawsze
trzymali się razem, ale nikt niczego nie podejrzewał, no, może królowa...
Krótko: patrzymy, a tu Adda o, z takim brzuchem, a Foltest zaczyna gadać o
¶lubie. Z siostr
ą, uważasz, Geralt? Sytuacja zrobiła się napięta jakdiabli, bo akurat Vizimir z Novigradu umy¶lił wydać za Folte
sta swojąDalkę, wysłał poselstwo, a tu trzeba trzymać króla za ręce i nogi, bo
chce biec i lżyć posłów. Udało się, i dobrze, bo obrażony Vizimir wyprułby
z nas bebechy. Potem, nie bez pomocy Addy, która wpłynęła na braciszka,
udało się wyperswadować
szczeniakowi szybki ¶lub. No, a potem Addaurodziła, w przepisowym czasie, a jakże. A teraz słuchaj, bo zaczyna się.
Tego, co się urodziło, wiele osób nie widziało, ale jedna położna
wyskoczyła oknem z wieży i zabiła się, a druga dostała pomieszania zmysłów
i do dzisiaj jest kołowata. Sądzę zatem, że nadbękart nie był specjalnie
urodziwy. To była dziewczynka. Zmarła zresztą zaraz, nikt, jak mi się
zdaje, nie spieszył się zanadto z podwiązywaniem pępowiny. Adda, na swoje
szczę¶cie, nie przeżyła porod
u. A potem, bracie, Foltest po raz kolejnyzrobił z siebie durnia. Nadbękarta trzeba było spalić albo, bo ja wiem,
zakopać gdzie¶ na pustkowiu, a nie chować go w sarkofagu w podziemiach
pałacu.
- Za pó
Źno teraz na roztrząsanie - Geralt uniósł głowę. - W każdymrazie należało wezwać kogo¶ z Wiedzą
cych.- Mówisz o tych wydrwigroszach z gwiazdkami na kapeluszach? A jakże,
zleciało się ich z dziesięciu, ale już potem, kiedy okazało się, co leży w
tym sarkofagu. I co z niego nocami wyłazi. A zaczęło wyłazić nie od razu,
o nie. Siedem lat od pogrzebu był spokój. Aż tu której¶ nocy, była pełnia
księżyca, wrzask w pałacu, krzyk, zamieszanie! Co tu dużo gadać, znasz
się na tym, orędzie też czytałe¶. Niemowlak podrósł w trumnie, i to
nie
Źle, a i zęby wyrosły mu jak się patrzy. Jednym słowem, strzyga.Szkoda, że nie widziałe¶ trupów. Tak jak ja. Pewnie ominąłby¶ Wyzimę
szerokim łukiem.
Geralt milczał.
- Wtedy - ci
ągnął Velerad - jak mówiłem, Foltest skrzyknął do nascałą gromadę czarowników. Jazgotali jeden przez drugiego, o mało nie
pobili się tymi swoimi drą
gami, co to je noszą, pewnie żeby psy odpędzać,jak ich kto poszczuje. A my¶lę, że szczują
ich regularnie. Przepraszam,Geralt, je¶li masz inne zdanie o czarodziejach, w twoim zawodzie pewnie je
masz, ale dla mnie to darmozjady i durnie. Wy, wied
Źmini, budzicie w¶ródludzi większe zaufanie. Jeste¶cie przynajmniej, jakby tu rzec, konkretni.
Geralt u¶miechn
ął się, nie skomentował.- No, ale do rzeczy - grododzierżca zajrzał do kufla, dolał piwa
sobie i Rivowi. - Niektóre rady czarowników wydawały się całkiem
niegłupie. Jeden proponował spalenie strzygi razem z pałacem i
sarkofagiem, inny radził odrąbać jej łeb szpadlem, pozostali byli
zwolennikami wbijania osinowych kołków w różne czę¶ci ciał
a, oczywi¶cie zadnia, kiedy diablica spała w trumnie, zmordowana po nocnych uciechach.
Niestety, znalazł się jeden, błazen w spiczastej czapce na łysym czerepie,
garbaty eremita, który wymy¶lił, że to są czary, że to się da odczynić i
że ze strzygi znowu będzie Foltestowa córeczka, ¶liczna jak malowanie.
Trzeba tylko przesiedzieć w krypcie całą noc, i już, po krzyku. Po czym,
wyobrażasz sobie, Geralt, co to był za półgłówek, poszedł na noc do
dworzyszcza. Jak łatwo zgadnąć, wiele z niego nie zostało, bodajże tylko
czapka i laga. Ale Foltest uczepił się tego pomysłu jak rzep psiego ogona.
Zakazał wszelkich prób zabicia strzygi, a ze wszystkich możliwych
zakamarków kraju po¶ci
ągał do Wyzimy szarlatanów, aby odczarować strzygęna królewnę. To była dopiero malownicza kompania! Jakie¶ pokręcone baby,
jacy¶ kulawcy, brudni, bracie, zawszeni, lito¶ć brała. No i dawaj
czarować, głównie nad miską
i kuflem. Pewnie, niektórych Foltest albo radazdemaskowali prędko, paru nawet powiesili na ostrokole, ale za mało, za
mało. Ja bym ich wszystkich powiesił. Tego, że strzyga w tym czasie
zagryzała co rusz kogo¶ innego, nie zwracając na oszustów i ich zaklęcia
żadnej uwagi, dodawać chyba nie muszę. Ani tego, że Foltest nie mieszkał
już w pałacu. Nikt już tam nie mieszkał.
Velerad przerwał, popił piwa. WiedŹmin milczał.
- I tak to się ciągnie, Geralt, sze¶ć lat, bo to się urodziło tak
jako¶ czterna¶cie lat temu. Mieli¶my w tym czasie trochę innych zmartwień,
bo pobili¶my się z Vizimirem z Novigradu, ale z p
orządnych, zrozumiałychpowodów, poszło nam o przesuwanie słupów granicznych, a nie tam o jakie¶
córki czy koligacje. Foltest, nawiasem mówi
ąc, zaczyna już przebąkiwać omałżeństwie i ogląda przesyłane przez są
siednie dwory konterfekty, któredawniej zwykł był wrzucać do wychodka. No, ale co jaki¶ czas opada go
znowu ta mania i rozsyła konnych, by szukali nowych czarowników. No i
nagrodę obiecał, trzy tysiące, przez co zbiegło się trochę postrzeleńców,
błędnych rycerzy, nawet jeden pastuszek, kretyn znany w całej okolicy,
niech spoczywa w pokoju. A strzyga ma się dobrze. Tyle że co jaki¶ czas
kogo¶ zagryzie. Można się przyzwyczaić. A z tych bohaterów, co ją
próbująodczarowywać, jest chociaż taki pożytek, że bestia nażera się na miejscu i
nie szwenda poza dworzyszczem. A Foltest ma nowy pałac, całkiem ładny.
- Przez sze¶ć lat - Geralt uniósł głowę - przez sze¶ć lat nikt nie
załatwił sprawy?
- Ano nie - Velerad popatrzył na wiedŹ
mina przenikliwie. - Bo pewniesprawa jest nie do załatwienia i przyjdzie się z tym pogodzić. Mówię o
Folte¶cie, naszym miło¶ciwym i ukochanym władcy, który cią
gle jeszczeprzybija te orędzia na rozstajnych drogach. Tyle że chętnych zrobiło się
jakby mniej. Ostatnio, co prawda, był jeden, ale chciał te trzy ty
siącekoniecznie z góry. No to wsadzili¶my go do worka i wrzucili¶my do jeziora.
- Oszustów nie brakuje.
- Nie, nie brakuje. Jest ich nawet sporo - przytakn
ąłgrododzierżca, nie spuszczają
c z wiedŹmina wzroku. - Dlatego jak pójdzieszdo pałacu, nie żądaj złota z góry. Jeżeli tam w ogóle pójdziesz.
- Pójdę.
- Ano, twoja sprawa. Pamiętaj jednak o mojej radzie. Jeżeli za¶ już o
nagrodzie mowa, ostatnio zaczęło się mówić o jej drugiej czę¶ci,
wspomniałem ci. Królewna za żonę. Nie wiem, kto to wymy¶lił, ale jeżeli
strzyga wygl
ąda tak, jak opowiadają, to żart jest wyjątkowo ponury.Wszelakoż nie zabrakło durniów, którzy pognali do dworzyszcza galopem, jak
tylko wie¶ć gruchnęła, że jest okazja wej¶ć do królewskiej rodziny.
Konkretnie, dwóch czeladników szewskich. Dlaczego szewcy s
ą tacy głupi,Geralt?
- Nie wiem. A wied
Źmini, grododzierżco? Próbowali?- Było kilku, a jakże. Najczę¶ciej, kiedy usłyszeli, że strzygę
trzeba odczarować, a nie zabić, wzruszali ramionami i odjeżdżali. Dlatego
też znacznie wzrósł mój szacunek dla wiedŹ
minów, Geralt. No a potemprzyjechał jeden, młodszy był od ciebie, imienia nie pamiętam, o ile je w
ogóle podał. Ten spróbował.
- No i?
- Zębata królewna rozwłóczyła jego flaki na sporej odległo¶ci. Z pół
strzelenia z ł
uku.Geralt pokiwał głową
.- To wszyscy?
- Był jeszcze jeden.
Velerad milczał przez chwilę. WiedŹmin nie ponaglał go.
- Tak - rzekł wreszcie grododzierżca. - Był jeszcze jeden. Z
pocz
ątku, gdy mu Foltest zagroził szubienicą, jeżeli zabije lub okaleczystrzygę, roze¶miał się tylko i zaczął się pakować. No, ale potem...
Velerad ponownie ¶ciszył głos prawie do szeptu, nachylając się przez
stół.
- Potem podj
ął się zadania. Widzisz, Geralt, jest tu w Wyzimie parurozumnych ludzi, nawet na wysokich sta
nowiskach, którym cała ta sprawaobrzydła. Plotka głosi, że ci ludzie przekonali po cichu wiedŹ
mina, abynie bawi
ąc się w żadne ceregiele ani czary, zatłukł strzygę, a królowipowiedział, że czar nie podziałał, że córeczka spadła ze schodów, no że
zdar
zył się wypadek przy pracy. Król, wiadomo, rozzło¶ci się, ale skończysię na tym, że nie zapłaci ani orena nagrody. Szelma wiedŹmin na to, że za
darmo sami sobie możemy chodzić na strzygi. No, co było robić...
Złożyli¶my się, potargowali... Tylko że nic z tego nie wyszło.
Geralt podniósł brwi.
- Nic, powiadam - rzekł Velerad. - WiedŹmin nie chciał i¶ć od razu,
pierwszej nocy. Łaził, czaił się, kręcił po okolicy. Wreszcie, jak
powiadaj
ą, zobaczył strzygę, zapewne w akcji, bo bestia nie wyłazi zkrypty tylko po to, żeby rozprostować nogi. Zobaczył ją więc i tej samej
nocy zwiał. Bez pożegnania.
Geralt wykrzywił lekko wargi w czym¶, co prawdopodobnie miało być
u¶miechem.
- Rozumni ludzie - zacz
ął - zapewne mają jeszcze te pieniądze?Wied
Źmini nie biorą z góry.- Ano - rzekł Velerad - pewnie mają
.- Plotka nie mówi, ile tego jest?
Velerad wyszczerzył zęby.
- Jedni mówi
ą: osiemset...Geralt pokręcił głową
.- Inni - mrukn
ął grododzierżca - mówią o tysiącu.- Niedużo, je¶li wziąć pod uwagę, że plotka wszystko wyolbrzymia. W
końcu król daje trzy tysią
ce.- Nie zapominaj o narzeczonej - zadrwił Velerad. - O czym my
rozmawiamy? Wiadomo, że nie dostaniesz tamtych trzech tysięcy.
- Sk
ąd to niby wiadomo?Velerad hukn
ął dłonią o blat stołu.-
Geralt, nie psuj mojego wyobrażenia o wiedŹminach! To już trwasze¶ć lat z hakiem! Strzyga wykańcza do pół setki ludzi rocznie, teraz
mniej, bo wszyscy trzymaj
ą się z daleka od pałacu. Nie, bracie, ja wierzęw czary, niejedno widziałem i wierzę, do pewn
ego stopnia, rzecz jasna, wzdolno¶ci magów i wied
Źminów. Ale z tym odczarowywaniem to bzdura,wymy¶lona przez garbatego i usmarkanego dziada, który zgłupiał od
pustelniczego wiktu, bzdura, w któr
ą nie wierzy nikt. Prócz Foltesta. Nie,Geralt! Adda urodziła strzygę, bo spała z własnym bratem, taka jest prawda
i żaden czar tu nie pomoże. Strzyga żre ludzi, jak to strzyga, i trzeba
j
ą zabić, normalnie i po prostu. Słuchaj, dwa lata temu kmiotkowie zjakiego¶ zapadłego zadupia pod Mahakamem, którym smok wyżerał owce, poszli
kup
ą, zatłukli go kłonicami i nawet nie uznali za celowe się tymszczególnie chwalić. A my tu, w Wyzimie, czekamy na cud i ryglujemy drzwi
przy każdej pełni księżyca albo wiążemy przestępców do palika przed
dworzyszczem licz
ąc, że bestia nażre się i wróci do trumny.- Niezły sposób - u¶miechnął się wiedŹmin. - Przestępczo¶ć zmalała?
- Ani trochę.
- Do pałacu, tego nowego, którędy?
- Zaprowadzę cię osobi¶cie. Co będzie z propozycją
rzuconą przezrozumnych ludzi?
- Grododzierżco - rzekł Geralt. - Po co się spieszyć? Przecież
naprawdę może zdarzyć się wypadek przy pracy, niezależnie od moich
intencji. Wtedy rozumni ludzie winni pomy¶leć, jak ocalić mnie przed
gniewem króla i przygotować te tysiąc pięćset orenów
, o których mówiplotka.
- Miało być tysią
c.- Nie, panie Velerad - powiedział wiedŹ
min stanowczo.- Ten, któremu dawali¶cie tysi
ąc, uciekł na sam widok strzygi, nawetsię nie targował. To znaczy, ryzyko jest większe niż tysią
c. Czy nie jestwiększe niż półtora tysiąca, okaże się. Oczywi¶cie, ja się przedtem
pożegnam.
Velerad podrapał się w głowę.
- Geralt? Tysi
ąc dwie¶cie?- Nie, grododzierżco. To nie jest łatwa robota. Król daje trzy, a
muszę wam powiedzieć, że odczarować jest czasem łatwiej niż zabić. W końcu
który¶ z moich poprzedników zabiłby strzygę, gdyby to było takie proste.
My¶licie, że dali się zagryŹć tylko dlatego, że bali się króla?
- Dobra, bracie - Velerad smętnie pokiwał głową
. - Umowa stoi. Tylkoprzed kró
lem ani mru-mru o możliwo¶ci wypadku przy pracy. Szczerze ciradzę.
III
Foltest był szczupły, miał ładną - za ładną - twarz. Nie miał jeszcze
czterdziestki, jak ocenił wiedŹmin. Siedział na karle rzeŹ
bionym zczarnego drewna, nogi wyci
ągnął w stronę paleniska, przy którym grzały siędwa psy. Obok, na skrzyni siedział starszy, potężnie zbudowany mężczyzna z
brod
ą. Za królem stał drugi, bogato odziany, z dumnym wyrazem twarzy.Wielmoża.
- Wied
Źmin z Rivii - powiedział król po chwili ciszy, jaka zapadła powstępnej przemowie Velerada.
- Tak, panie - Geralt schylił głowę.
- Od czego ci tak łeb posiwiał? Od czarów? Widzę, że¶ niestary.
Dobrze już, dobrze. To żart, nic nie mów. Do¶wiadczenie, jak ¶miem
przypuszczać, masz niejakie?
- Tak, panie.
- Radbym posłuchać.
Geralt skłonił się jeszcze niżej.
- Wiecie wszak, panie, że nasz kodeks zabrania mówienia o tym, co
robimy.
- Wygodny kodeks, mo¶ci wied
Źminie, wielce wygodny. Ale tak, bezszczegółów, z borowikami miałe¶ do czynienia?
- Tak.
- Z wampirami, z leszymi?
- Też.
Foltest zawahał się.
- Ze strzygami?
Geralt uniósł głowę, spojrzał królowi w oczy.
- Też.
Foltest odwrócił wzrok.
- Velerad!
- Słucham, miło¶ciwy panie.
- Wprowadziłe¶ go w szczegóły?
- Tak, miło¶ciwy panie. Twierdzi, że królewnę można odczarować.
- To wiem od dawna. W jaki sposób, mo¶ci wied
Źminie? Ach, prawda,zapomniałem. Kodeks. Dobrze. Tylko jedna mała uwaga. Było tu już u mnie
kilku wied
Źminów. Velerad, mówiłe¶ mu? Dobrze. Stąd wiem, że wasząspecjalno¶ci
ą jest raczej zabijanie, a nie odczynianie uroków. To niewchodzi w rachubę. Jeżeli mojej córce spadnie włos z głowy, ty swoją
położysz na pieńku. To tyle. Ostrit, a i wy, panie Segelin, zostańcie,
udzielcie mu tyle informacji, ile będzie chciał. Oni zawsze dużo pytają
,wied
Źmini. Nakarmcie go i niech mieszka w pałacu. Niech się nie włóczy pokarczmach.
Król wstał, gwizdnął na psy i ruszył ku drzwiom, rozrzucając słomę
pokrywaj
ącą podłogę komnaty. Przy drzwiach odwrócił się.- Uda
ci się, wiedŹminie, nagroda jest twoja. Może jeszcze co¶dorzucę, je¶li dobrze się spiszesz. Oczywi¶cie, bajania pospólstwa co do
ożenku z królewną
nie zawierają słowa prawdy. Nie sądzisz chyba, że wydamcórkę za byle przybłędę?
- Nie, panie. Nie s
ądzę.- Dobrze. To dowodzi, że jeste¶ rozumny.
Foltest wyszedł, zamykają
c za sobą drzwi. Velerad i wielmoża,którzy dotychczas stali, natychmiast rozsiedli się przy stole.
Grododzierżca dopił w połowie pełny puchar króla, zajrzał do dzbana,
zakl
ął. Ostrit, który zajął fotel Foltesta, patrzył na wiedŹmina spodełba, gładząc dłońmi rzeŹbione poręcze. Segelin, brodacz, skinął na
Geralta.
- Siadajcie, mo¶ci wied
Źminie, siadajcie. Zaraz wieczerzę podadzą. Oczym chcieliby¶cie rozmawiać? Grododzierżca Velerad powiedział wam już
chyba wszystko. Znam go i wiem, że powiedział prędzej za dużo niż za mało.
- Tylko kilka pytań.
- Zadajcie je.
- Mówił grododzierżca, że po pojawieniu się strzygi król wezwał wielu
Wiedz
ących.- Tak było. Ale nie mówcie: "strzyga", mówcie: "królewna". Łatwiej
unikniecie takiej pomyłki przy królu... i zwią
zanych z tym przykro¶ci.- Czy w¶ród Wiedz
ących był kto¶ znany? Sławny?- Byli tacy i wówczas, i pó
Źniej. Nie pamiętam imion... A wy, panieOstrit?
- Nie pamiętam - rzekł wielmoża. - Ale wiem, że niektórzy cieszyli
się sławą i uznaniem. Mówiło się o tym dużo.
- Czy byli zgodni co do tego, że zaklęcie można zdjąć?
- Byli dalecy od zgody - u¶miechn
ął się Segelin. - W każdymprzedmiocie. Ale takie stwierdzenie padło. Miało to być proste, wręcz nie
wymagaj
ące zdolno¶ci magicznych, i jak zrozumiałem, wystarczyło, aby kto¶spędził noc, od zachodu słońca do trzecich kurów, w podziemiu, przy
sarkofagu.
- Rzeczywi¶cie, proste - parskn
ął Velerad.- Chciałbym usłyszeć op
is... królewny.Velerad zerwał się z krzesła.
- Królewna wygl
ąda jak strzyga! - wrzasnął.- Jak najbardziej strzygowata strzyga, o jakiej słyszałem! Jej
wysoko¶ć królewska córka, przeklęty nadbękart, ma cztery łokcie wzrostu,
przypomina baryłę piwa, ma mordę od ucha do ucha, pełną zębów jak
sztylety, czerwone ¶lepia i rude kudły! Łapska, opazurzone jak u żbika,
wisz
ą jej do samej ziemi! Dziwię się, że jeszcze nie zaczęli¶my rozsyłaćjej miniatur po zaprzyja
Źnionych dworach! Królewna, niech ją zaraza udusi,ma już czterna¶cie lat, czas pomy¶leć o wydaniu jej za jakiego¶
królewicza!
- Pohamuj się, grododzierżco - zmarszczył się Ostrit, zerkają
c wstronę drzwi. Segelin u¶miechnął się lekko.
- Opis, choć tak obrazowy, był w miarę dokładny, a o to chodziło
mo¶ci wied
Źminowi, prawda? Velerad zapomniał dodać, że królewna poruszasię z niewiarygodną prędko¶cią i jest o wiele silniejsza, niż można wnosić
z jej wzrostu i budowy. A to, że ma czterna¶cie lat, jest fak-tem. O ile
to ważne.
- Ważne - powiedział wiedŹ
min. - Czy ataki na ludzi zdarzają siętylko podczas pełni?
- Tak - odrzekł Segelin. - Jeżeli napada poza starym pałacem. W
pałacu, niezależnie od fazy księżyca, ludzie ginęli zawsze. Ale wychodzi
tylko podczas pełni, a i to nie każd
ej.- Czy był chociaż jeden wypadek ataku za dnia?
- Nie. Za dnia nie.
- Zawsze pożera ofiary?
Velerad splun
ął zamaszy¶cie na słomę.- Niech cię, Geralt, zaraz wieczerza będzie. Tfu! Pożera, nadgryza,
zostawia, różnie, zależnie od humoru zapewne. Jednemu tylko głowę
odgryzła, paru wybebeszyła, a paru ogryzła na czysto, do goła, można by
rzec. Taka jej mać!
- Uważaj, Velerad - syknął Ostrit. - O strzydze gadaj, co chcesz, ale
Addy nie obrażaj przy mnie, bo przy królu się nie odważasz!
- Czy był kto¶, kogo zaatakowała, a przeżył? - spytał wiedŹ
min,pozornie nie zwracaj
ąc uwagi na wybuch wielmoży.Segelin i Ostrit spojrzeli po sobie.
- Tak - powiedział brodacz. - Na samym początku, sze¶ć lat temu,
rzuciła się na dwóch żołnierzy stojących na warcie u krypty. Jednemu udało
się uciec.
- I pó
Źniej - wtrącił Velerad - młynarz, na którego napadła podmiastem. Pamiętacie?
IV
Młynarza przyprowadzono na drugi dzień, póŹ
nym wieczorem, do komnatkinad kordegard
ą, w której zakwaterowano wiedŹmina. Przyprowadził gożołnierz w płaszczu z kapturem.
Rozmowa nie dała większych rezultatów. Młynarz był przerażony,
bełkotał, jąkał się. Więcej powiedziały wiedŹ
minowi jego blizny: strzygamiała imponujący rozstaw szczęk i rzeczywi¶cie ostre zęby, w tym bardzo
długie górne kły - cztery, po dwa z każdej strony. Pazury zapewne
ostrzejsze od żbiczych, choć mniej zakrzywione. Tylko dlatego zresztą
udało się młynarzowi wyrwać.
Zakończywszy oględziny, Geralt skinął na młynarza i żołnierza,
odprawiaj
ąc ich. Żołnierz wypchnął chłopa za drzwi i zdjął kaptur. Byłto Foltest we własnej osobie.
- Siadaj, nie wstawaj - rzekł król. - Wizyta nieoficjalna. Zadowolony
z wywiadu? Słyszałem, że byłe¶ w dworzyszczu przed południem.
- Tak, panie.
- Kiedy przyst
ąpisz do dzieła?- Do pełni cztery dni. Po pełni.
- Wolisz sam się jej wcze¶niej przyjrzeć?
- Nie ma takiej potrzeby. Ale najedzona... królewna... będzie mniej
ruchliwa.
- Strzyga, mistrzu, strzyga. Nie bawmy się w dyplomację. Królewną
toona dopiero będzie. O tym zresztą przyszedłem z tobą porozmawiać.
Odpowiadaj, nieoficjalnie, krótko i jasno: będzie czy nie będzie? Nie
zasłaniaj mi się tylko żadnym kodeksem.
Geralt potarł czoło.
- Potwierdzam, królu, że czar można odczynić. I jeżeli się nie mylę,
to rzeczywi¶cie spędzają
c noc w dworzyszczu. Trzecie pianie koguta, o ilezaskoczy strzygę poza sarkofagiem, zlikwiduje urok. Tak zwykle postępuje
się ze strzygami.
- Takie proste?
- To nie jest proste. Trzeba tę noc przeżyć, to raz. Możliwe są też
odstępstwa od normy. Na przykład nie jedną
noc, ale trzy. Kolejne. Są teżprzypadki... no... beznadziejne.
- Tak - żachnął się Foltest. - Ciągle to słyszę od niektórych. Zabić
potwora, bo to przypadek nieuleczalny. Mistrzu, jestem pewie
n, że już ztob
ą rozmawiano. Co? Żeby zarąbać ludojadkę bez ceregieli, na samymwstępie, a królowi powiedzieć, że inaczej się nie dało. Król nie zapłaci,
my zapłacimy. Bardzo wygodny sposób. I tani. Bo król każe ¶ciąć lub
powiesić wiedŹmina, a złoto zo
stanie w kieszeni.- Król bezwarunkowo każe ¶ciąć wiedŹmina? - wykrzywił się Geralt.
Foltest przez dłuższą chwilę patrzył w oczy Riva.
- Król nie wie - powiedział wreszcie. - Ale liczyć się z taką
ewentualno¶ci
ą wiedŹmin raczej powinien.Teraz Geralt
chwilę pomilczał.- Zamierzam zrobić, co w mojej mocy - rzekł po chwili. - Ale gdyby
poszło Źle, będę bronił swojego życia. Wy, panie, też się musicie liczyć z
tak
ą ewentualno¶cią.Foltest wstał.
- Nie rozumiesz mnie. Nie o to chodzi. To jasne, że zab
ijesz ją, gdysię zrobi gorąco, czy mi się to podoba, czy nie. Bo inaczej ona ciebie
zabije, na pewno i nieodwołalnie. Nie rozgłaszam tego, ale nie ukarałbym
nikogo, kto zabiłby ją w obronie własnej. Ale nie dopuszczę, aby zabito
j
ą, nie próbując uratować. Były już próby podpalenia starego pałacu,strzelali do niej z łuków, kopali doły, zastawiali sidła i wnyki dopóty,
dopóki kilku nie powiesiłem. Ale nie o to chodzi. Mistrzu, słuchaj!
- Słucham.
- Po tych trzech kurach nie będzie strzygi, je
¶li dobrzezrozumiałem. A co będzie?
- Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, czternastolatka.
- Czerwonooka? Z zębami jak krokodyl?
- Normalna czternastolatka. Tyle że...
- No?
- Fizycznie.
- Masz babo placek. A psychicznie? Codziennie na ¶niadanie wiadro
krwi? Udko dziewczęcia?
- Nie. Psychicznie... Nie sposób powiedzieć... Sądzę, że na poziomie,
bo ja wiem, trzyletniego, czteroletniego dziecka. Będzie wymagała
troskliwej opieki przez dłuższy czas.
- To jasne. Mistrzu?
- Słucham.
- Czy to jej może wrócić? PóŹ
niej?Wied
Źmin milczał.- Aha - rzekł król. - Może. I co wtedy?
- Gdyby po długim, kilkudniowym omdleniu zmarła, trzeba spalić ciało.
I to prędko.
Foltest zasępił się.
- Nie s
ądzę jednak - dodał Geralt - aby do tego doszło. Dla pewno¶ciu
dzielę wam, panie, kilku wskazówek, jak zmniejszyć niebezpieczeństwo.- Już teraz? Nie za wcze¶nie, mistrzu? A jeżeli...
- Już teraz - przerwał Riv. - Różnie bywa, królu. Może się zdarzyć,
że rano znajdziecie w krypcie odczarowaną królewnę
i mojego trupa.- Aż tak? Pomimo mojego zezwolenia na obronę własną
? Na którym, zdajemi się, nie bardzo ci nawet zależało?
- To jest poważna sprawa, królu. Ryzyko jest wielkie. Dlatego
słuchajcie: królewna stale musi nosić na szyi szafir, najlepiej i
nkluz, nasrebrnym łańcuszku. Stale. W dzień i w nocy.
- Co to jest inkluz?
- Szafir z pęcherzykiem powietrza wewną
trz kamienia. Oprócz tego, wkomnacie, w której będzie sypiała, należy co jaki¶ czas palić w kominku
gałązki jałowca, żarnowca i leszczy
ny.Foltest zamy¶lił się.
- Dziękuję ci za rady, mistrzu. Zastosuję się do nich, jeżeli... A
teraz ty posłuchaj mnie uważnie. Jeżeli stwierdzisz, że to przypadek
beznadziejny, zabijesz j
ą. Jeżeli odczynisz urok, a dziewczyna niebędzie... normalna... jeżeli będziesz miał cień wątpliwo¶ci, czy ci się
udało w pełni, zabijesz ją również. Nie obawiaj się, nic ci nie grozi z
mojej strony. Będę na ciebie krzyczał przy ludziach, wypędzę z pałacu i z
miasta, nic więcej. Nagrody oczywi¶cie nie dam. Może co¶
wytargujesz,wiesz od kogo.
Milczeli chwilę.
- Geralt - Foltest po raz pierwszy zwrócił się do wiedŹ
mina poimieniu.
- Słucham.
- Ile jest prawdy w gadaniu, że dziecko było takie, a nie inne, bo
Adda była moją
siostrą?- Niewiele. Czar trzeba rzuci
ć, żadne zaklęcie nie rzuca się samo.Ale my¶lę, że wasz zwią
zek z siostrą był przyczyną rzucenia czaru, a więci takiego skutku.
- Tak my¶lałem. Tak mówili niektórzy z Wiedzących, chociaż nie
wszyscy. Geralt? Sk
ąd się biorą takie sprawy? Czary, magia?- Nie wiem, królu. Wiedz
ący zajmują się badaniem przyczyn tychzjawisk. Dla nas, wied
Źminów, wystarcza wiedza, że skupiona wola możetakie zjawiska powodować. I wiedza, jak je zwalczać.
- Zabijać?
- Najczę¶ciej. Za to nam zresztą najczę¶ciej płacą. Mało kto żą
daodczyniania uroków, królu. Z reguły ludzie chcą się po prostu uchronić od
zagrożenia. Jeżeli za¶ potwór ma ludzi na sumieniu, dochodzi jeszcze motyw
zemsty.
Król wstał, zrobił kilka kroków po komnacie, zatrzymał się przed
mieczem wied
Źmina wiszącym na ¶cianie.- Tym? - spytał, nie patrzą
c na Geralta.- Nie. Ten jest na ludzi.
- Słyszałem. Wiesz co, Geralt? Pójdę z tobą
do krypty.- Wykluczone.
Foltest odwrócił się, oczy mu zabłysły.
- Czy ty wiesz, czarowniku, że ja jej nie widziałem? Ani po
urodzeniu, ani... potem. Bałem się. Mogę jej już nigdy nie zobaczyć,
prawda? Mam prawo chociaż widzieć, jak ją będziesz mordował.
- Powtarzam, wykluczone. To pewna ¶mierć. Również dla mnie. Jeżeli
osłabię uwagę, wolę... Nie, królu.
Foltest
odwrócił się, ruszył ku drzwiom. Geraltowi przez chwilęzdawało się, że wyjdzie bez słowa, bez pożegnalnego gestu, ale król
zatrzymał się, spojrzał na niego.
- Budzisz zaufanie - powiedział. - Pomimo że wiem, jakie z ciebie
ziółko. Opowiadano mi, co zaszło w karczmie. Jestem pewien, że zabiłe¶
tych opryszków wyłącznie dla rozgłosu, żeby wstrzą
snąć ludŹmi, mną. Jestdla mnie oczywiste, że mogłe¶ ich pokonać bez zabijania. Boję się, że
nigdy się nie dowiem, czy idziesz ratować moją córkę, czy też ją
zabić.Ale godzę się na to. Muszę się zgodzić. Wiesz, dlaczego?
Geralt nie odpowiedział.
- Bo my¶lę - rzekł król - my¶lę, że ona cierpi. Prawda?
Wied
Źmin utkwił w królu swoje przenikliwe oczy. Nie przytaknął, nieskin
ął głową, nie uczynił najmniejszego gestu, ale Foltest wiedział. Znałodpowied
Ź.III
Geralt po raz ostatni wyjrzał przez okno dworzyszcza. Zmierzch
zapadał szybko. Za jeziorem migotały niejasne ¶wiatełka Wyzimy. Dookoła
dworzyszcza było pustkowie - pas ziemi niczyjej, któ
rym miasto w ciągusze¶ciu lat odgrodziło się od niebezpiecznego miejsca, nie zostawiają
c nicoprócz kilku ruin, przegniłych belkowań i resztek szczerbatego ostrokołu,
których widać nie opłacało się rozbierać i przenosić. Najdalej, bo na
zupełnie przeciwległy kraniec osiedla, przeniósł swoją rezydencję sam król
- pękaty stołb jego nowego pałacu czernił się w dali na tle
granatowiej
ącego nieba.Wied
Źmin wrócił do zakurzonego stołu, przy którym w jednej z pustych,spl
ądrowanych komnat przygotowywał się niespiesznie, spokojnie,pieczołowicie. Czasu, jak wiedział, miał dużo. Strzyga nie opu¶ci krypty
przed północą
.Przed sob
ą na stole miał niedużą, okutą skrzyneczkę. Otworzył ją.Wewn
ątrz, ciasno, w wyłożonych suchą trawą przegródkach, stały flakoniki zciemnego szkła. WiedŹ
min wyjął trzy.Z podłogi podjął podłużny pakunek, grubo owinięty owczymi skórami i
okręcony rzemieniem. Rozwinął go, wydobył miecz z ozdobną rękoje¶cią
, wczarnej, l¶ni
ącej pochwie pokrytej rzędami runicznych znaków i symboli.Obnażył ostrze, które rozbłysło czystym, lustrzanym blaskiem. Klinga była
z czystego srebra.
Geralt wyszeptał formułę, wypił po kolei zawarto¶ć dwu flakoników, po
każdym łyku kładą
c lewą dłoń na głowni miecza. Potem, owijając sięszczelnie w swó
j czarny płaszcz, usiadł. Na podłodze. W komnacie nie byłożadnego krzesła. Jak zresztą w całym dworzyszczu.
Siedział nieruchomo, z zamkniętymi oczami. Jego oddech, począ
tkoworówny, stał się nagle przyspieszony, chrapliwy, niespokojny. A potem ustał
z
upełnie. Mieszanka, za pomocą której wiedŹmin poddał pełnej kontrolipracę wszystkich organów ciała, składała się głównie z ciemiężycy,
bieluniu, głogu i wilczomlecza. Inne jej składniki nie posiadały nazw w
żadnym ludzkim języku. Dla człowieka, który nie był, tak jak Geralt,
przyzwyczajony do niej od dziecka, byłaby to ¶miertelna trucizna.
Wied
Źmin gwałtownie odwrócił głowę. Jego słuch, wyostrzony obecnieponad wszelk
ą miarę, z łatwo¶cią wyłowił z ciszy szelest kroków nazaro¶niętym pokrzywami dziedzińcu. To nie mogła być strzyga. Było za
jasno. Geralt zarzucił miecz na plecy, ukrył swój tobołek w palenisku
zrujnowanego kominka i cicho jak nietoperz zbiegł po schodach.
Na dziedzińcu było jeszcze na tyle jasno, by nadchodzący człowiek
mógł zobaczyć twarz wiedŹmina. Człowiek - był to Ostrit - cofnął się
gwałtownie, mimowolny grymas przerażenia i wstrętu wykrzywił mu usta.
Wied
Źmin u¶miechnął się krzywo - wiedział, jak wygląda. Po wypiciumieszanki pokrzyku, tojadu i ¶wietlika twarz nabiera koloru kredy, a
Ź
renice zajmują całe tęczówki. Ale mikstura pozwala widzieć w najgłębszychciemno¶ciach, a o to Geraltowi chodziło.
Ostrit opanował się szybko.
- Wygl
ądasz, jakby¶ już był trupem, czarowniku - powiedział. - Pewnieze strachu. Nie bój się. Przynoszę ci ułaskawienie.
Wied
Źmin nie odpowiedział.- Nie słyszysz, co powiedziałem, rivski znachorze? Jeste¶
uratowany. I bogaty - Ostrit zważył w ręku sporą sakwę i rzucił ją
podnogi Geralta. - Tysi
ąc orenów. Bierz to, wsiadaj na konia i wyno¶ sięst
ąd!Riv wci
ąż milczał.- Nie wytrzeszczaj na mnie oczu! - Ostrit podniósł głos. - I nie
marnuj mojego czasu. Nie mam zamiaru stać tutaj do północy. Czy nie
rozumiesz? Nie życzę sobie, aby¶ odczyniał uroki. Nie, nie my¶l, że
odgadłe¶. Nie trzymam z Veleradem i Segelinem. Nie chcę, by¶ ją zabijał.
Masz się po prostu wynosić. Wszystko ma zostać po staremu.
Wied
Źmin nie poruszył się. Nie chciał, aby wielmoża zorientował się,jak przyspieszone s
ą w tej chwili jego ruchy i reakcje. Ciemniało szybko,by
ło to o tyle korzystne, że nawet półmrok zmierzchu był zbyt jaskrawy dlajego rozszerzonych
Źrenic.- A dlaczego to, panie, wszystko ma zostać po staremu? - spytał,
staraj
ąc się wolno wypowiadać poszczególne słowa.- A to - Ostrit dumnie podniósł głowę - powinno cię diabelnie mało
obchodzić.
- A jeżeli już wiem?
- Ciekawe.
- Łatwiej będzie usunąć Foltesta z tronu, jeżeli strzyga dokuczy
ludziom jeszcze bardziej? Jeżeli królewskie szaleństwo do cna obrzydnie i
wielmożom, i pospólstwu, prawda? Jechałem do was przez Redanię, przez
Novigrad. Wiele się tam mówi o tym, że niektórzy w Wyzimie wyglą
dająkróla Vizimira jako wybawiciela i prawdziwego monarchę. Ale mnie, panie
Ostrit, nie obchodzi ani polityka, ani sukcesje tronów, ani przewroty
pałacowe. Ja jestem tu, aby wykonać pracę. Nie słyszeli¶cie nigdy o
poczuciu obowi
ązku i zwykłej uczciwo¶ci? O etyce zawodowej?- Uważaj, do kogo mówisz, włóczęgo! - krzyknął w¶ciekle Ostrit,
kładąc dłoń na rękoje¶ci miecza. - Do¶ć już mam tego, nie przywykłem
dyskutować z byle kim! Patrzcie go, etyka, kodeksy, moralno¶ć?! Kto to
mówi? Zbój, który ledwo przybył, pomordował ludzi? Który giął się przed
Foltestem w ukłonach, a za jego plecami targował się z Veleradem jak
najemny zbir? I ty o¶mielasz się zadzierać głowę, pachołku? Udawać
Wiedz
ącego? Maga? Czarodzieja? Ty parszywy wiedŹminie! Precz stąd, zanimpłazem przez pysk przejadę!
Wied
Źmin nawet nie drgnął, stał spokojnie.- To wy st
ąd idŹcie, panie Ostrit - powiedział. - ¦ciemnia się.Ostrit cofn
ął się o krok, błyskawicznie dobył miecza.- Sam tego chciałe¶, czarowniku. Zabiję cię. Nic ci nie pomogą
twojesztuczki. Mam przy sobie żółwi kamień.
Geralt u¶miechn
ął się. Opinia o mocy żółwiego kamienia była równiepowszechna, jak błędna. Ale wiedŹ
min nie my¶lał tracić sił na zaklęcia,ani tym bardziej narażać srebrnej klingi na zetknięcie się z brzeszczotem
Ostrita. Znurkował pod młynkują
cym ostrzem i nasadą pię¶ci, srebrnymićwiekami mankietu uderzył wielmożę w skroń.
VI
Ostrit oprzytomniał rychło, wodził wkoło oczami w zupełnej ciemno¶ci.
Spostrzegł, że jest związany. Geralta, który stał tuż obok, nie widział.
Ale zorientował się, gdzie jest, i zawył, przecią
gle, przeraŹliwie.- Milcz - rzekł wiedŹ
min. - Bo przyciągniesz ją przed czasem.-
Ty przeklęty morderco! Gdzie jeste¶? Rozwiąż mnie natychmiast,łajdaku! Będziesz za to wisiał, suczy synu!
- Milcz.
Ostrit dyszał ciężko.
- Zostawisz mnie jej na pożarcie! Związanego? - spytał już ciszej,
dorzucaj
ąc plugawe wyzwisko prawie szeptem.- Nie - rzekł wiedŹmin. - Wypuszczę cię. Ale nie teraz.
- Ty łotrze - zasyczał Ostrit. - Żeby odcią
gnąć strzygę?- Tak.
Ostrit zamilkł, przestał się miotać, leżał spokojnie.
- Wied
Źminie?- Tak.
- To prawda, że chciałem obalić
Foltesta. Nie ja jeden. Ale ja jedenpragn
ąłem jego ¶mierci, chciałem, by umarł w mękach, by oszalał, by żywcemzgnił. Wiesz, dlaczego?
Geralt milczał.
- Kochałem Addę. Królewską siostrę. Królewską kochankę. Królewską
dziewkę. Kochałem ją
... WiedŹminie, jeste¶ tu?- Jestem.
- Wiem, co my¶lisz. Ale tak nie było. Uwierz mi, nie rzucałem żadnych
uroków. Nie znam się na żadnych czarach. Tylko raz w zło¶ci
powiedziałem... Tylko raz. WiedŹminie? Słuchasz?
- Słucham.
- To jego matka, stara królowa.
To na pewno ona. Nie mogła patrzeć,że on i Adda... To nie ja. Ja tylko raz, wiesz, próbowałem perswadować, a
Adda... Wied
Źminie! Zamroczyło mnie i powiedziałem... WiedŹminie? To ja?Ja?
- To już nie ma znaczenia.
- Wied
Źminie? Północ blisko?- Blisko.
- Wypu¶ć mnie wcze¶niej. Daj mi więcej czasu.
- Nie.
Ostrit nie usłyszał zgrzytu odsuwanej płyty grobowca, ale wiedŹ
mintak. Pochylił się i rozciął sztyletem więzy wielmoży. Ostrit nie czekał na
żadne słowa, zerwał się, niezgrabnie poku¶tykał zdrętwiały, pobiegł. Jego
wzrok na tyle już przyzwyczaił się do ciemno¶ci, że widział drogę
prowadz
ącą z głównej sali do wyj¶cia.Z hukiem wyskoczyła z podłogi płyta blokują
ca wej¶cie do krypty.Geralt, przezornie ukryty za balustrad
ą schodów, dostrzegł pokracznąpostać strzygi, pędzą
cą zwinnie, szybko i nieomylnie w ¶lad za oddalającymsię tupotem butów Ostrita. Strzyga nie wydała z siebie najmniejszego
d
Źwięku.Potworny, rozedrgany, opętańczy wrzask rozdarł noc, wstrzą
snąłstarymi murami i trwał
, wznosząc się i opadając, wibrując. WiedŹmin niemógł dokładnie ocenić odległo¶ci - jego wyczulony słuch mylił - ale
wiedział, że strzyga dopadła Ostrita szybko. Za szybko.
Wyszedł na ¶rodek sali, stanął tuż przy wej¶ciu do krypty. Odrzucił
płaszcz. Poruszył barkami, poprawiając ułożenie miecza. Nacią
gnąłrękawice. Miał jeszcze chwilę czasu. Wiedział, że strzyga, choć najedzona
po ostatniej pełni, nie porzuci prędko trupa Ostrita. Serce i wątroba były
dla niej cennym zapasem pożywienia na długie trw
anie w letargu.Wied
Źmin czekał. Do jutrzenki, jak obliczał, pozostawało jeszczeokoło trzech godzin. Pianie koguta mogłoby go tylko zmylić. W okolicy nie
było zresztą prawdopodobnie żadnych kogutów.
Usłyszał. Szła powoli, człapią
c po posadzce. A potem zobaczył ją.Opis był dokładny. Nieproporcjonalnie duża głowa osadzona na krótkiej
szyi okolona była splą
taną, wijącą się aureolą czerwonawych włosów. Oczy¶wieciły w mroku jak dwa karbunkuły. Strzyga stała nieruchomo, wpatrzona w
Geralta. Nagle otwor
zyła paszczę - jak gdyby chwaląc się rzędami białych,spiczastych zębisk, po czym kłapnęła żuchwą
z trzaskiem przypominającymzamykanie skrzyni. I od razu skoczyła, z miejsca, bez rozbiegu, godzą
c wwied
Źmina okrwawionymi pazurami.Geralt odskoczył w bok, zawirował w błyskawicznym piruecie, strzyga
otarła się o niego, też zawirowała, tnąc powietrze szponami. Nie straciła
równowagi, zaatakowała ponownie, natychmiast, z półobrotu, kłapiąc zębami
tuż przed piersią Geralta. Riv odskoczył w drugą stronę
, trzykrotniezmienił kierunek obrotu w furkoczącym piruecie, zdezorientował strzygę.
Odskakuj
ąc, mocno, choć bez zamachu, uderzył ją w bok głowy srebrnymikolcami osadzonymi na wierzchniej stronie rękawicy, na knykciach.
Strzyga zaryczała potwornie, wypełniają
c dworzyszcze dudniącymechem, przypadła do ziemi, zamarła i poczęła wyć, głucho, złowrogo,
w¶ciekle.
Wied
Źmin u¶miechnął się zło¶liwie. Pierwsza próba, tak jak liczył,wypadła pomy¶lnie. Srebro było zabójcze dla strzygi, jak dla większo¶ci
potworów powołanych do życia przez czary. Istniała więc szansa: bestia
była jak inne, a to mogło gwarantować pomy¶lne odczarowanie, za¶ srebrny
miecz, ostateczno¶ć, mógł gwarantować mu życie.
Strzyga nie spieszyła się z następnym atakiem. Tym razem zbliżała się
wolno, szczerz
ąc kły, ¶liniąc się obrzydliwie. Geralt cofnął się, szedłpółkolem, ostrożnie stawiają
c kroki, zwalniając i przyspieszając ruchydekoncentrował strzygę, utrudnił jej spięcie się do skoku. Idą
c wiedŹminrozwijał długi, cienki, mocny łańcuch, obciążony na końcu. Łańcuch był ze
srebra.
W momencie gdy strzyga sprężyła się i skoczyła, łańcuch ¶wisnął w
powietrzu i zwijaj
ąc się jak wąż, w okamgnieniu oplótł ramiona, szyję igłowę potwora. Strzyga zwaliła się w skoku, wy
dając przeszywający uszywizg. Miotała się po posadzce, rycząc okropnie, nie wiadomo było, z
w¶ciekło¶ci czy z palącego bólu, jaki zadawał jej nienawistny metal.
Geralt był zadowolony - zabicie strzygi, gdyby tego chciał, nie
przedstawiało w tej chwili
wielkiego problemu. Ale wiedŹmin nie dobywałmiecza. Jak do tej pory nic w zachowaniu strzygi nie dawało powodów
przypuszczać, że mógłby to być przypadek nieuleczalny. Geralt cofnął się
na odpowiedni
ą odległo¶ć i nie spuszczając wzroku z kotłującego się naposadzce kształtu, oddychał głęboko, koncentrował się.
Łańcuch pękł, srebrne ogniwa, jak deszcz, sypnęły się na wszystkie
strony, dzwoni
ąc po kamieniu. Za¶lepiona w¶ciekło¶cią strzyga runęła doataku wyj
ąc. Geralt czekał spokojnie, uniesioną prawą dłonią kre¶lił przedsob
ą Znak Aard.Strzyga poleciała w tył kilka kroków jak uderzona młotem, ale
utrzymała się na nogach, wyciągnęła szpony, obnażyła kły. Jej włosy
uniosły się i załopotały, jak gdyby szła pod gwałtowny wiatr. Z trudem,
charcz
ąc, krok po kroku, powoli szła. Jednak szła.Geralt zaniepokoił się. Nie oczekiwał, że tak prosty Znak zupełnie
sparaliżuje strzygę, ale i nie spodziewał się, że bestia pokona opór tak
łatwo. Nie mógł trzymać Znaku zbyt długo, było to zbyt wyczerpują
ce, astrzyga miała już do przebycia nie więcej niż dziesięć kroków. Raptownie
zdj
ął Znak i odskoczył w bok. Tak jak oczekiwał, zaskoczona strzygapoleciała naprzód, straciła równowagę, przewróciła się, po¶liznęła po
posadzce i stoczyła w dół po schodach,
w ziejący w podłodze otwór wej¶ciado krypty. Z dołu rozległo się jej potępieńcze wycie.
Aby zyskać na czasie, Geralt skoczył na schody prowadzą
ce nagaleryjkę. Nie przebył nawet połowy stopni, gdy strzyga wypadła z krypty,
pędzą
c jak ogromny czarny pająk. WiedŹmin odczekał, aż wbiegnie za nim naschody, po czym przesadził balustradę, zeskoczył w dół. Strzyga
zakręciła się na schodach, odbiła i poleciała na niego w
nieprawdopodobnym, ponad dziesięciometrowym skoku. Nie dała się już tak
łatwo zwie¶ć jego piruetom - dwukrotnie jej szpony naznaczyły skórzany
kaftan Riva. Ale ponowny, rozpaczliwie mocny cios srebrnych kolców
rękawicy odrzucił strzygę, zachwiał nią
. Geralt, czując wzbierającą wsobie w¶ciekło¶ć, zakołysał się, wygiął tułów do tyłu i potężnym
kopniakiem w bok zwalił bestię z nóg.
Ryk, jaki wydała, był gło¶niejszy od wszystkich poprzednich. Aż tynk
posypał się z sufitu.
Strzyga zerwała się, dygocąc z nieopanowanej zło¶ci i żą
dzy mordu.Geralt czekał. Już dobył miecza, opisywał nim w powietrzu koła, szedł,
okr
ążał strzygę, bacząc, by ruchy miecza były niezgodne z rytmem i tempemjego kroków. Strzyga nie skoczyła, zbliżała się powoli, wodzą
c oczami zajasn
ą smugą klingi.Geralt raptownie zatrzymał się, zamarł z uniesionym mieczem.
Strzyga, zdetonowana, stanęła również. WiedŹmin opisał ostrzem powolne
półkole, zrobił krok w stronę strzygi. Potem jeszcze jeden. A potem
skoczył, wywijając młyńca nad głową
.Strzyga skuliła się, zrejterowała zygzakiem, Geralt był znowu blisko,
kling
a migotała mu w dłoni. Oczy wiedŹmina rozpaliły się złowrogimblaskiem, zza zaci¶niętych zębów rwał się chrapliwy ryk. Strzyga znów
cofnęła się pchnięta do tyłu mocą skoncentrowanej nienawi¶ci, zło¶ci i
przemocy emanuj
ących z atakującego ją człowieka, bijących w nią falami,wdzieraj
ących się do mózgu i trzewi. Przerażona aż do bólu nie znanym jejdotychczas uczuciem wydała z siebie roztrzęsiony, cienki kwik, zakręciła
się w miejscu i rzuciła do obłąkańczej ucieczki w mroczną
plątaninękorytarzy dworzyszcza.
Geralt, wstrz
ąsany dreszczem, stał po¶rodku sali. Sam. Długo totrwało, pomy¶lał, zanim ten taniec na skraju przepa¶ci, ten szaleńczy,
makabryczny balet walki doprowadził do oczekiwanego rezultatu, pozwolił mu
na osi
ągnięcie psychicznej jedno¶ci z przeciwnikiem, na dobranie się dopokładów skupionej woli, która przepełniała strzygę. Złej, chorobliwej
woli, z mocy której strzyga powstała. WiedŹmin zadygotał na wspomnienie
momentu, w którym wchłonął w siebie ten ładunek zła, by skierować go, ja
kzwierciadłem, na potwora. Nigdy jeszcze nie spotkał się z taką
koncentracj
ą nienawi¶ci i morderczego szału, nawet u bazyliszkówciesz
ących się pod tym względem najgorszą sławą.Tym lepiej, my¶lał, idąc w stronę wej¶cia do krypty czernieją
cego wpodłodze jak ogromna kałuża. Tym lepiej, tym mocniejsze uderzenie odebrała
sama strzyga. To mu da trochę więcej czasu na dalsze działanie, zanim
bestia otrz
ą¶nie się z szoku. WiedŹmin wątpił, czy zdobyłby się na jeszczejeden podobny wysiłek. Działanie eliksirów słabło, a ¶wit był jeszcze
daleko. Strzyga nie może dostać się do krypty przed jutrzenką
, inaczejcały dotychczasowy trud zda się na nic.
Zszedł po schodach. Krypta była nieduża, mie¶ciła trzy kamienne
sarkofagi. Pierwszy od wej¶cia miał na wpół odsuniętą pokrywę. Geralt
wydobył zza pazuchy trzeci flakonik, wypił szybko jego zawarto¶ć, wszedł
do grobowca, zanurzył się w nim. Tak jak oczekiwał, grobowiec był
podwójny - dla matki i córki.
Zasun
ął pokrywę dopiero wtedy, gdy z góry usłyszał znów ryk strzygi.Położył się na wznak obok zmumifikowanych zwłok Addy, na płycie od
wewn
ątrz nakre¶lił Znak Yrden. Na piersiach położył miecz i postawiłmaleńką klepsydrę wypełnioną
fosforyzującym piaskiem. Skrzyżował ręce. Niesłyszał już wrzas
ków strzygi przetrząsającej dworzyszcze. Przestawałsłyszeć cokolwiek, bo czworolist i jaskółcze ziele zaczynały działać.
VII
Kiedy Geralt otworzył oczy, piasek w klepsydrze przesypał się już do
końca, co oznaczało, że jego letarg był nawet dłuższy, niż należało.
Nadstawił uszu - nie usłyszał nic. Jego zmysły działały już normalnie.
Uj
ął miecz w dłoń, przesunął ręką po pokrywie sarkofagu mruczącformułę, po czym lekko, na kilka cali, odsunął płytę.
Cisza.
Odsun
ął wieko bardziej, usiadł, trzymając broń w pogotowiu wystawiłgłowę ponad grobowiec. W krypcie było ciemno, ale wiedŹmin wiedział, że na
zewn
ątrz ¶wita. Skrzesał ognia, zapalił miniaturowy kaganek, uniósł go,¶l
ąc na ¶ciany krypty dziwaczne cienie.Pusto.
Wygramolił się z sarkofagu, obolały, zdrętwiały, zziębnięty. I wtedy
dostrzegł ją. Leżała na wznak przy grobowcu, naga, nieprzytomna.
Była raczej brzydka. Szczuplutka, z małymi szpiczastymi piersiami,
brudna. Włosy - płoworude - sięgały jej prawie do pasa. Stawiają
c kaganekna płycie ukląkł przy niej, pochylił się. Usta miała blade, na ko¶ci
policzkowej duży krwiak od jego uderzenia. Geralt zdjął rękawicę,
odłożył miecz, bezceremonialnie zadarł jej palcem górną wargę. Zęby miała
normalne. Sięgnął po jej rękę zagrzebaną
w splątanych włosach. Zanimnamacał dłoń, zobaczył otwarte oczy. Za póŹ
no.Chlasnęła go szponami po szyi, tnąc głęboko, krew bryznęła jej na
twarz. Zawyła, godzą
c w oczy drugą ręką. Zwalił się na nią, łapiąc zaprzeguby obu r
ąk, przygważdżając do posadzki. Kłapnęła zębami - już zakrótkimi - przed jego twarz
ą. Uderzył ją czołem w twarz, mocniejprzydusił. Nie miała już dawnej siły, wiła się tylko pod nim, wyła,
wypluwaj
ąc krew - jego krew - zalewającą jej usta. Krew uchodziła szybko.Nie było czasu. Wi
edŹmin zaklął i ugryzł ją mocno w szyję tuż pod uchem,wbił zęby i zaciskał je, dopóki nieludzkie wycie nie zmieniło się w
cienki, rozpaczliwy krzyk, a potem dławiący się szloch - płacz krzywdzonej
czternastoletniej dziewczynki.
Pu¶cił ją, gdy przestała się poruszać, uniósł się na kolana, wyrwał z
kieszeni na rękawie kawał płótna, przycisnął go do szyi. Namacał leżą
cyobok miecz, przyłożył nieprzytomnej dziewczynie ostrze do gardła, pochylił
się nad jej dłonią. Paznokcie były brudne, połamane, zakrwa
wione, ale...normalne. Najzupełniej normalne.
Wied
Źmin wstał z trudem. Przez wej¶cie do krypty wlewała się jużlepko-mokra szaro¶ć poranka. Ruszył ku schodom, ale zachwiał się, usiadł
ciężko na posadzce. Przez przesiąknięte płótno krew lała mu się po ręce,
¶ciekała do rękawa. Rozpiął kaftan, rozdarł koszulę, pruł, darł szmaty,
wi
ązał je wokół szyi wiedząc, że nie ma za dużo czasu, że zarazzemdleje...
Zd
ążył. I zemdlał.W Wyzimie, za jeziorem, kogut, strosz
ąc pióra w chłodnej wilgoci,zapiał
ochryple po raz trzeci.VIII
Zobaczył bielone ¶ciany i belkowany sufit komnatki nad kordegardą
.Poruszył głową
krzywiąc się z bólu, jęknął. Szyję miał obandażowaną,grubo, solidnie, fachowo.
- Leż czarowniku - powiedział Velerad. - Leż, nie ruszaj się.
- Mój... miecz...
- Tak, tak. Najważniejszy jest oczywi¶cie twój srebrny, wiedŹmiński
miecz. Jest tu, nie obawiaj się. I miecz, i kuferek. I trzy tysią
ceorenów. Tak, tak, nic nie mów. To ja jestem stary dureń, a ty jeste¶ mą
drywied
Źmin. Foltest powtarza to od dwóch dni.- Dwóch...
- Ano, dwóch. Nie
Źle rozpłatała ci szyję, widać było wszystko, co tammasz w ¶rodku. Straciłe¶ mnóstwo krwi. Szczę¶ciem pognali¶my do
dworzyszcza zaraz po trzecich kurach. W Wyzimie nikt nie spał tamtej nocy.
Nie dało się. Okropnie¶cie tam hałasowali. Nie męczy cię moje gadanie?
- Kró... lewna?
- Królewna jak królewna. Chuda. I głupawa taka jaka¶. Płacze bez
ustanku. I sika w łóżko. Ale Foltest mówi, że to się jej odmieni. My¶lę,
że nie na gorsze, co, Geral
t?Wied
Źmin zamknął oczy.- Dobrze, idę już - Velerad wstał. - Odpoczywaj. Geralt? Zanim pójdę,
powiedz, dlaczego chciałe¶ ją
zagryŹć? Hę? Geralt?Wied
Źmin spał.Andrzej Sapkowski