Przez
wiele osób jest pan uznawany za jedno z odkryć rundy wiosennej. Chyba miło słyszeć
takie opinie?
Sławomir Gula: Oczywiście,
że miło. Z tym odkryciem, to chyba jednak mała przesada. Mam już przecież 27 lat.
Cieszę się, że wreszcie ktoś dał mi szansę, abym zagrał po kolei kilka pełnych
meczów i pokazał na co mnie stać.
Ten ktoś
to oczywiście Marek Dziuba?
Tak. Właśnie o nim myślę. Dopiero teraz widzę, że zupełnie
inaczej się gra czując akceptację trenera. Człowiek nabiera pewności i nie spala się
nerwowo. Kiedyś, gdy wchodziłem na boisko na kilkanaście minut, wiedziałem, że każde
nieudane zagranie wykluczy mój udział w następnym meczu. To bardzo przeszkadzało w
grze. Teraz jedna stracona piłka o niczym nie stanowi, a w ciągu 90 minut jest dużo
czasu i sporo okazji, by pokazać się z dobrej strony.
Czuje
się więc pan pewniakiem w składzie?
Na razie gram dość regularnie, ale zdaję sobie sprawę, że gdy
Widzew awansuje do europejskich pucharów, to zostanie wzmocniony i być może znów usiądę
na ławce rezerwowych. Nie boję się jednak rywalizacji. Kończącą się rundę zaliczam
do bardzo udanych, zwłaszcza gdy pomyślę, że jeszcze kilka miesięcy temu poważnie się
zastanawiałem, czy nie zakończyć przygody z futbolem.
Było aż
tak źle?!
Wczesną jesienią trener Łazarek nie widział mnie w zespole Widzewa.
Miałem wtedy wszystkiego dość i różne myśli chodziły mi po głowie. Trzeba przyznać,
że pan Łazarek ma dość dziwne pomysły, których ja nie jestem w stanie zrozumieć.
Podobno nie tak dawno dzwonił do Widzewa i mówił, że chętnie widziałby mnie w
zespole Śląska Wrocław.
Poza
Widzewem grał pan jeszcze w GKS Bełchatów i Ruchu Chorzów. Tych dwóch wypożyczeń
chyba też miło pan nie wspomina?
Rzeczywiście, nie zrobiłem wielkiej kariery ani w Bełchatowie, ani w
Chorzowie, z odmiennych zresztą przyczyn.
A więc
zacznijmy od Bełchatowa...
Po awansie do ekstraklasy tamtejszy klub pozyskał między innymi
Juliusza Kruszankina, Waldemara Tęsiorowskiego i mnie. Jesienią 1995 zespół zagrał
poniżej oczekiwań, a winę zwalono właśnie na nas. Zrobiła się niezbyt przyjemna
atmosfera, do czego bardzo przyczynił się jeden z trenerów. Doszedłem więc do
wniosku, że nic tam po mnie i pożegnałem się z GKS Bełchatów. Prezes Drobniewski do
mojej postawy nie miał jednak żadnych zastrzeżeń i rozstaliśmy się w zgodzie. Po
powrocie do Widzewa grałem sporadycznie, ale dołożyłem małą cegiełkę do zdobycia
tytułu mistrza Polski w 1996 roku.
A jak
było w Ruchu Chorzów?
Tutaj mogę mieć pretensje tylko do siebie. Niezbyt solidnie
przepracowałem okres przygotowawczy, a jesienią 1997 roku Ruch grał bardzo dobrze i nie
było podstaw, by trener Lenczyk eksperymentował ze składem.
A skąd
wynikały braki w przygotowaniu, o których pan wspomniał?
Przez kilka miesięcy przebywałem w Stanach Zjednoczonych, gdzie co
prawda trenowałem, ale niezbyt intensywnie. Pojawiły się nawet pogłoski, że mam
zamiar grać w tamtejszej lidze zawodowej, ale nie była to prawda. Po prostu mając wielu
przyjaciół w USA i... ważną wizę, postanowiłem zwiedzić trochę świata. Tym
bardziej, że akurat skończył mi sie kontrakt z Widzewem. Byłem w Stanach Zjednoczonych
od września do grudnia 1996 roku. Po powrocie przez pół roku trenowałem z drugim zespołem
Widzewa i potem trafiłem do Chorzowa, o czym już wspominałem.
Wrócmy
do obecnych rozgrywek. Nie tak dawno pokonaliście świeżo upieczonego mistrza Polski.
Czy zatem Wisła to rzeczywiście najlepszy zespół w Polsce?
Chyba tak. Grałem przeciwko Wiśle jesienią i teraz. Po tej drużynie
widać już pracę trenera Smudy. Krakowianie zaczynają grać tak, jak Widzew w Lidze
Mistrzów. Wisła w tym sezonie zdystansowała krajowych rywali, ale wydaje mi się, że
gdyby od początku sezonu prowadził nasz zespół trener Dziuba, to dystans do lidera byłby
troche mniejszy , a przez to i rozgrywki ciekawsze. |