

|
RTS Widzew, pod tą właśnie nazwą, powstał w 1923
roku, ale w statucie klubowym podkreślono, że jest to kontynuator dorobku Towarzystwa
Miłośników Rozwoju Fizycznego na Widzewie, które wpisane została w rejestr legalnych
stowarzyszeń 5 listopada 1910 roku. Trudny początek
Przez wiele lat RTS Widzew nie był w stanie wyrwać się z
przeciętności. W okresie międzywojennym nie miał środków finansowych
wystarczających do rywalizacji z fabrycznymi klubami sportowymi. Zaraz po drugiej wojnie
światowej ówczesne władze chciały zepchnąć Widzew do roli klubu
peryferyjnego. A Widzew odgrywał przez cały czas swego istnienia, łącznie z
TMRF, niebagatelną rolę w rozwoju kultury fizycznej i upowszechnieniu sportu wśród
młodzieży, nie tylko w widzewskiej dzielnicy. Priorytetową sekcją, od początku
istnienia RTS, była zawsze piłka nożna. Skupiała ona w swych szeregach największe
grono młodzieży i posiadała zarazem najwięcej sympatyków, którzy udzielali jej
skromnego wsparcia finansowego.
Debiut w ekstraklasie
Na arenę ogólnopolską wkroczyli piłkarze Widzewa w 1947 roku. Po
wygraniu rywalizacji w klasie A i pomyślnym przejściu pierwszej eliminacji strefowej, w
drugiej - zajęli czwarte miejsce. PZPN zdecydował się jednak na powiększenie I ligi z
12 do 14 zespołów. Dołączono do niej RTS Widzew i ZZK Poznań (Kolejarz, obecnie
Lech).
Pierwszy udział Widzewa w ekstraklasie w roku 1948 nie można uważać
za udany. Młoda, ambitna, ale niedoświadczona drużyna nie była w stanie sprostać
konkurencji, zajęła w tabeli ostatnie miejsce i spadła do drugiej ligi. W tej klasie
rozgrywkowej występował Widzew do 1952 roku. A potem nastąpiły długie chude lata dla
widzewskiej piłki nożnej.
Przełom
Przełom futbolowy, tak to należy określić, rozpoczął się w
Widzewie w 1969 roku, kiedy to za namową ówczesnego prezesa Tadeusza Glonka i kierownika
klubu Mirosława Stańczyka, funkcję szkoleniowca objął trener Leszek Jezierski, z
którym wcześniej rozstano się w ŁKS. Już w rok później widzewiacy awansowali z
klasy okręgowej do klasy międzywojewódzkiej, aby w następnym sezonie (1971/72) po
dwudziestoletniej przerwie powrócić do drugiej ligi.
Druga liga
Działacze łącznie z trenerami, zdawali sobie sprawę, że zespół,
aby mógł z powodzeniem występować w drugiej lidze musi doznać dalszego wzmocnienia.
Powrócili do Widzewa jego wychowankowie, grający przez kilka sezonów w ŁKS, Tadeusz
Gapiński i Zdzisław Kostrzewiński pozyskano m.in. Wiesława Chodakowskiego i Wiesława
Surlita (wychowanek Włókniarza Zelów), a w następnym sezonie Pawła Janasa z
pabianickiego Włókniarza, Tadeusza Błachnę z Hutnika Kraków i Krzysztofa Surlita
(Włókniarz Zelów). W ostatnim sezonie (1973/74) przed awansem do ekstraklasy doszedł
Andrzej Pyrdoł z Warty Sieradz.
Znowu wśród najlepszych
Wiosną 1975 roku Widzew odzyskał po 27 latach miejsce w pierwszej
lidze. Rozpoczęła się nowa epoka w historii piłki nożnej tego wielce zasłużonego
dla sportu polskiego klubu. Sukces ten to nie tylko zasługa piłkarzy (W.Surlit, Kubicki,
Lewandowski, Janas, Możejko, Pyrdoł, Błachno, Haren, Kostrzewiński, Grębosz, Benkes,
Gapiński, Stępniak, K.Surlit) i trenerów (Leszek Jezierski, Jacek Machciński), ale w
dużej mierze dwóch "skaperowanych" do Widzewa działaczy - Ludwika
Sobolewskiego i Stefana Wrońskiego. Obaj przez kilka lat pracowali wspólnie w sekcji
piłkarskiej łódzkiego Startu. Mieli wspaniałe plany zbudowania w tym klubie silnej
drużyny, na miarę pierwszej ligi, ale nie zyskały one akceptacji zarządu.
Ojcowie sukcesu
O Stefanie Wrońskim można powiedzieć, że był człowiekiem Widzewa.
Wychował się w tej dzielnicy i tutaj też pracował zawodowo. Był więc uczuciowo
związany z RTS. Dlatego bez większych oporów dał się namówić w 1973 roku, aby
wesprzeć piłkę nożną w Widzewie swym zdobytym już w drugoligowym Starcie
doświadczeniem. W kilka miesięcy później Stefan Wroński ściągnął do klubu swego
bliskiego przyjaciela Ludwika Sobolewskiego, prezesa dużego przedsiębiorstwa
spółdzielczego "Kombud". Był to, jak się popularnie określa, "strzał
w dziesiątkę". Sobolewski stał się głównym animatorem przyszłych, wspaniałych
osiągnięć piłkarskich RTS, chociaż w tamtym czasie prezesował klubowi Jerzy
Krawczyk.
Jeszcze przed awansem Widzewa do pierwszej ligi Ludwik Sobolewski
powiedział znamienne słowa: - Powinniśmy stworzyć profesjonalną drużynę
piłkarską, w oparciu o wzorce wypracowanenazachodzie Europy. Późniejszy,
wieloletni prezes RTS miał już wówczas wspaniałą wizję zbudowania zespołu, który
mógłby podjąć skuteczną rywalizację z czołowymi klubami piłkarskimi Europy na
arenie międzynarodowej.
W tamtym czasie nie wszystkie plany, zmierzające do osiągnięcia tego
celu, dało się zrealizować. Samo słowo "zawodowiec" w sporcie było
sprzeczne z panującą wówczas ideologią, chociaż tolerowano tzw. lewe etaty sportowe w
zakładach pracy. Ponadto rygorystycznie przestrzegane przepisy PZPN krępowały wszelką
inicjatywę oddolną. Ludwik Sobolewski krok po kroczku dążył jednak nie tylko do
zmiany przestarzałych przepisów, ale również do zmiany mentalności działaczy i
samych piłkarzy.
Nowi zawodnicy
Marzenie Sobolewskiego o "wielkiej drużynie" nie mogło się
ziścić bez systematycznej rotacji kadr piłkarskich. Droga do szybkiego zbudowania
silnego zespołu wiodła m.in. przez pozyskiwanie mniej znanych, ale bardzo utalentowanych
piłkarzy. Przed rozpoczęciem mistrzostw pierwszej ligi, na zgrupowanie do Giżycka
przyjechał bramkarz z Arki Gdynia, Stanisław Burzyński, a w kilka dni później
dołączył do niego Henryk Dawid z Bałtyku Gdynia, który okazał się skutecznym
strzelcem w Widzewie.
Najbardziej udanym transferem, jaki w 1975 roku dokonał Widzew było
pozyskanie osiemnastoletniego Zbigniewa Bońka, reprezentanta Polski juniorów, zawodnika
drugoligowego Zawiszy. To przedsięwzięcie wymagało dużego kunsztu dyplomatycznego.
Młodziutki Boniek był pupilem kibiców piłkarskich Bydgoszczy, a z jego wielkich
możliwości sportowych zdawali sobie doskonale sprawę działacze i trenerzy Zawiszy.
Szczęśliwie się złożyło, że po jednym z meczów doszło do scysji między
Zbigniewem Bońkiem i mistrzem olimpijskim z Rzymu w biegach przez przeszkody Zdzisławem
Krzyszkowiakiem.
- Pan Zdzisław, do którego zawsze odnosiłem się z wielkim
szacunkiem, zarzucił mi po przegranym spotkaniu, że nie mam za grosz ambicji -
wspomina Boniek. - Mogłem grać słabiej, ale ambicji nigdy mi nie brakowało. Leży
ona po prostu w moim charakterze. A, że byłem młody, impulsywny, powiedziałem mu kilka
mocnych słów. Cała Bydgoszcz była tym incydentem oburzona, bo znała tylko jedną
stronę medalu. W tej niesprzyjającej dla mnie atmosferze, nie widziałem dla siebie
miejsca w Zawiszy. Przystałem więc na propozycję Widzewa.
Wcześniej kręcili się obok Zbigniewa Bońka działacze ŁKS, ale
doszli do przekonania, że lepszym nabytkiem będzie drugi rozgrywający Zawiszy, Henryk
Miłoszewicz. W tym czasie Miłoszewicza uważano nawet za zdolniejszego piłkarza od jego
przyjaciela z boiska. Miłoszewicz nie miał jednak takiego charakteru, silnej woli,
którym obdarzony został Zbigniew Boniek. Nic przeto dziwnego, iż "Zibi"
zaszedł bardzo wysoko w hierarchii światowego futbolu. Zbigniew Boniek nie miał
łatwego charakteru. Wielu działaczom Widzewa zalazł za skórę. Namawiali oni nawet
prezesa Ludwika Sobolewskiego, aby go sprzedał do innego klubu. - Gdybym dał się
wtedy namówić na podjęcie takiej decyzji, popełniłbym największy błąd w swym
życiu - twierdzi prezes. - Boniek podchodził do piłki nożnej w sposób
profesjonalny. Stawiał żądania, ale też w zamian dawał z siebie wszystko na boisku w
trakcie gry. Był też wzorem dla innych na treningach. Ponadto tak wielkiego talentu
piłkarskiego nie można było pozbywać się lekką ręką. I miałem rację.
Działacze Widzewa nie poprzestali penetrować piłkarskiego rynku.
Wysłannicy klubu jeździli bez mała po wszystkich zakątkach kraju, obserwując mecze
nie tylko pierwszoligowe, ale i w klasach niższych. W Górniku Zabrze nie mógł sobie
znaleźć miejsca w pierwszym składzie Zdzisław Rozborski, który piłkarskie nauki
pobierał w Bałtyku Gdynia. Z przyjściem tego piłkarza do Widzewa (wiosną 1976 roku)
nie było większych kłopotów. W Górniku twierdzono, iż nigdy nie stanie się on
piłkarzem na miarę pierwszej ligi. Jakże się mylili. Zdzisław Rozborski stał się
doskonałym partnerem Zbigniewa Bońka. Obaj tworzyli w drugiej linii duet, który często
przesądzał o wynikach meczów.
Wicemistrzostwo i Puchar UEFA
W sezonie 1976/77, po dwuletnim zaledwie pobycie w pierwszej lidze,
Widzew sięgnął po tytuł wicemistrza kraju i tym samym zapewnił sobie udział w
Pucharze UEFA. W międzyczasie drużyna wzmocniona została Mirosławem Tłokińskim z
gdańskiej Lechii i Ryszardem Kowenickim z łódzkiego Startu. Pierwszy występ Widzewa w
Pucharze UEFA przeszedł najśmielsze oczekiwania. Łodzianie zremisowali 14 września
1977 z Manchester City na stadionie Maine Road 2:2, a bohaterem meczu był Zbigniew Boniek
który przy stanie 0:2 zdołał celnymi strzałami pokonać dwukrotnie reprezentanta
Anglii, Corrigana, doprowadzając do remisu. Pytany, już w kraju, jak doszło do zdobycia
przez niego tych dwóch wspaniałych goli, odpowiedział żartobliwie: - Nie wiem, jak
to się stało. W momencie oddawania strzałów, miałem zamknięte oczy. W
rewanżowym meczu, na boisku ŁKS, przy nadkomplecie widowni, widzewiacy zremisowali 0:0 i
uzyskali awans do następnej rundy. Tutaj trafili na późniejszego zdobywcę Pucharu
UEFA, holenderski PSV Eindhoven, przegrywając u siebie 3:5. Trener Widzewa, Bronisław
Waligóra, obserwował to spotkanie z wysokości trybun, jako że został ukarany przez
UEFA odsunięciem od prowadzenia drużyny w jednym meczu pucharowym. W rewanżu w
Eindhoven, Widzew po bardzo dobrej grze uległ bardziej renomowanemu rywalowi 0:1. - Gdybym w Łodzi prowadził zespół, to
uzyskalibyśmy z pewnością bardziej korzystny wynik - gdybał trener.
Znowu wicemistrzostwo!
Po słabszym sezonie 1977/78 (dopiero 10 miejsce w tabeli), w roku
następnym Widzew sięgnął po raz wtóry po tytuł wicemistrza Polski. To był ostatni
sezon występów w Widzewie Tadeusza Gapińskiego, jednego z najbardziej zasłużonych
ludzi dla tego klubu. Gapiński rozegrał w Widzewie 105 meczów w pierwszej lidze, nie
licząc tych, kiedy grał w juniorach. Był piłkarzem ŁKS i Zawiszy, ale nie zważając
na bardziej intratne propozycje innych klubów, powrócił, po zakończeniu służby
wojskowej do swych korzeni sportowych. Przyczynił się on w dużym stopniu do awansu
Widzewa do pierwszej ligi, a także zdobycia dwóch tytułów wicemistrzowskich. Później
występował w duńskim Hvidovre, a kiedy powrócił do kraju znów znalazł się w
Widzewie. Już nie jako zawodnik, ale asystent trenerów: Jacka Machcińskiego,
Władysława Żmudy i Bronisława Waligóry. Potem został bardzo cenionym kierownikiem
drużyny, które to odpowiedzialne obowiązki przejął po Stefanie Wrońskim.
Prezes Sobolewski mówi o Gapińskim: - To był jeden z najbardziej
solidnych i najbardziej oddanych klubowi moich współpracowników. Zawsze można było na
nim polegać. Takim zaangażowanym działaczem w sprawy Widzewa Tadeusz Gapiński
pozostał do dnia dzisiejszego.
Po rundzie jesiennej sezonu 1979/80 Widzew zajmował dopiero 10 miejsce,
był blisko strefy spadkowej. Zrezygnowano z usług Stanisława Świerka, który źle
zespół do mistrzostw przygotował, zastępując go Jackiem Machcińskim. Ludwik
Sobolewski i Stanisław Wroński nie patrzyli biernie na to, co się z drużyną dzieje.
Wykazując sobie tylko znane kunszty negocjacyjne, zdołali pozyskać pod koniec rundy
jesiennej ze Śląska Wrocław reprezentacyjnego stopera Polski Władysława Żmudę, a na
wiosnę odzyskać z warszawskiej Legii, Włodzimierza Smolarka, który w tym klubie
odbywał służbę wojskową.
Legia kradnie zawodnika, Widzew się
wzmacnia
Kiedy stało się jasne, że Smolarek w Legii po zakończeniu
zaszczytnej służby nie pozostanie, rządzący klubem pułkownicy powierzyli mu
obowiązki... stajennego. - Zaufałem wtedy prezesowi Sobolewskiemu, że mnie z tej
wojskowej stajni wyciągnie i będę mógł strzelać gole dla Widzewa - wspominał po
latach Smolarek. Działacze Legii wysłali w międzyczasie umyślnego z wypchaną torbą
do ojca Smolarka, który mieszkał w Aleksandrowie, prosząc go, aby przekonał syna do
gry w Legii. Ten w sposób delikatny, ale stanowczy wyrzucił wysłannika stołecznego
klubu za drzwi. Prezes Sobolewski też nie marnował czasu. Interweniował w sprawie
Włodzimierza Smolarka u wysoko postawionych generałów. I cel został osiągnięty. - Użyłem
wszystkich dostępnych mi argumentów, aby wyzwolić Smolarka z Legii - mówi prezes.
- Zdawałem sobie bowiem doskonale sprawę z jego nieprzeciętnych umiejętności
piłkarskich. Smolarek nie zawiódł moich związanych z nim nadziei. Był jednym z
najlepszych futbolistów w historii Widzewa. Z Markiem Piętą tworzyli tandem
napastników, przed którym drżały najsilniejsze formacje obronne w kraju.
Dzięki dalszym wzmocnieniom kadrowym (doszedł jeszcze Piotr Romke z
Kalisza) Widzew z zespołu skazanego na pożarcie sięgnął po kolejny tytuł wicemistrza
Polski.
Manchester i Juventus pokonane
Rok 1980 zaowocował sukcesami Widzewa w Pucharze UEFA. Miejsce
Burzyńskiego w bramce zajął pozyskany z Odry Opole Józef Młynarczyk. Po
wyeliminowaniu Manchesteru United (1:1, 0:0), w drugiej rundzie łodzianie trafili na
słynny na cały świat Juventus Turyn. Nie było jeszcze w tej drużynie Michela
Platiniego. Pierwszy mecz, ku olbrzymiej radości łódzkiej widowni, wygrali
niespodziewanie, ale załużenie widzewiacy 3:1. W dwa tygodnie później w rewanżu w
normalnym czasie łodzianie przegrali 1:3. W rzutach karnych lepsi okazali się
widzewiacy, a bohaterem meczu został Józef Młynarczyk, który obronił strzały z
rzutów karnych Causio i Cabriniego, zaś Zbigniew Boniek w ostatnim podejściu zmusił do
kapitulacji jednego z najlepszych w tym czasie bramkarzy świata, Dino Zoffa. Było w
"jedenastkach" 4:1 dla Widzewa.
Cała piłkarska Europa wówczas oniemiała. "Kopciuszek" z
Polski, który mimo zwycięstw nad Anglikami nadal nie był doceniany, wyrósł tego dnia
na futbolowego potentata. Ludwika Sobolewskiego w Turynie nie było. Obserwował przebieg
meczu na ekranie telewizora, a powracających z Włoch swoich piłkarzy powitał i
pogratulował im sukcesu w porcie lotniczym na Okęciu, dodając: - A nie mówiłem,
że można podjąć rywalizację z najlepszymi drużynami Europy, jak równy z równym.
Trzeba tylko uwierzyć w swe siły.
Ipswich Town zatrzymuje marsz Widzewa
Ale sport ma to do siebie, że w najmniej spodziewanych okolicznościach
przychodzi załamanie formy. Tak było w trzeciej rundzie Pucharu UEFA, w pierwszym
wyjazdowym meczu przeciwko Ipswich Town. Józef Młynarczyk miał bardzo poważne kłopoty
rodzinne (choroba ojca), nie mógł normalnie trenować, a więc nie był w najlepszej
dyspozycji. Nie tylko on, a cała drużyna zagrała grubo poniżej swych możliwości.
Efektem była porażka 0:5. - Cóż, takie wpadki w sporcie się zdarzają -
tłumaczył po meczu Zbigniew Boniek. - Może gdyby Włodek Smolarek zdobył
kontaktową bramkę, spotkanie miałoby inny przebieg? Trzeba jednak przyznać, iż
zagraliśmy słabo. W rewanżu pokażemy na co nas stać.
Afera na Okęciu
W meczu rewanżowym Zbigniew Boniek, Józef Młynarczyk i Władysław
Żmuda nie wystąpili. Zostali surowo ukarani za tzw. aferę na Okęciu. W pierwszym
odruchu prezes Sobolewski zaakceptował wstępnie wyroki piłkarskiej centrali, ale kiedy
wszystkie okoliczności sprawy zostały naświetlone, interweniował gdzie trzeba, w
obronie nie tylko swoich, ale wszystkich ukaranych przez PZPN piłkarzy, którzy stali
się "kozłami ofiarnymi", bo ktoś na górze chciał pomóc Legii w zajęciu
czołowego miejsca. Tak więc w rewanżu pomimo braku czołowej trójki z podstawowego
składu, łódzcy piłkarze pokazali "widzewski charakter". Anglicy mogli
mówić o szczęściu, że przegrali tylko 0:1.
Afera na Okęciu w dużym stopniu osłabiła drużynę Widzewa, chociaż
na wiosnę dopuszczono do gry Władysława Żmudę i mógł również występować
Włodzimierz Smolarek. - Myślałem wtedy, że cały nasz tak misternie budowany plan
eksportowej drużyny zostanie całkowicie pogrzebany błędnymi decyzjami PZPN. Biję się
obecnie w piersi, że nie dowierzałem wówczas drużynie. Ale wydawało mi się, że bez
Zbigniewa Bońka i Józefa Młynarczyka na zdobycie, po raz pierwszy, tytułu mistrza
Polski nie będzie nas stać. Piłkarze zrobili jednak swemu prezesowi i wszystkim
kibicom piłkarskim Łodzi wielką frajdę, zasiadając po bardzo dramatycznym finiszu na
mistrzowskim tronie.
Widzew w koronie!!!
Za sezon 1980/81 spotkały widzewiaków, obok przywdziania korony
mistrza, także wyróżnienia indywidualne: "Złote Buty" redakcji katowickiego
"Sportu" zdobył Władysław Żmuda, a Włodzimierz Smolarek znalazł się na
czwartym miejscu w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na dziesięciu
najlepszych sportowców Polski.
Boniek w Turynie
Na wiosnę 1982 roku podczas meczu Widzewa z Gwardią w Warszawie
rozeszła się wiadomość, że Zbigniew Boniek podpisał kontrakt z Juventusem Turyn za
1,8 miliona dolarów. - Kto Bońka zastąpi? - pytano na trybunach warszawskiego
klubu prezesa Ludwika Sobolewskiego. - Mam już upatrzonego kandydata. Nie ujawnię
jednak jego nazwiska, żeby nikt nie podłożył nam w tym przyszłym transferze nogi.
W rok później, konkretnie w przerwie letniej, piłkarski światek dowiedział się kogo
Ludwik Sobolewski miał na myśli. Był nim napastnik zdegradowanej do drugiej ligi
warszawskiej Gwardii, Dariusz Dziekanowski. Z jego transferem związana jest afera jaka
wybuchła w środkach masowego przekazu. - Już wcześniej domagałem się na
ogólnopolskim forum piłkarskim, aby na wzór drużyn zawodowych, wysokość transferów
była podawana do publicznej wiadomości - tłumaczył prezes Sobolewski. - Zwierzyłem
się z tym w rozmowie z jednym z dziennikarzy łódzkich, który opublikował tę
sensacyjną na owe czasy wiadomość w swojej gazecie. Podchwyciły ją, z odpowiednimi
komentarzami, inne środki masowego przekazu w Polsce. Chodziło o wysokość transferu -
21 milionów ówczesnych złotych. Nie przeczę, to była wysoka suma, ale podpisaliśmy z
Dziekanowskim kontrakt aż na 6 lat. To był wielki talent, którego pozyskanie warte
było takich pieniędzy. Nie przypuszczałem wtedy, że mój pupil ma nie najlepiej
ułożone w głowie, jest w sobie za bardzo zadufany. Transfer okazał się w dalszej
przyszłości niewypałem, ale finansowo nic na nim nie straciliśmy.
Gorzej wypadł Widzew na kupnie (w tym samym czasie) z GKS Katowice
Jerzego Wijasa, za którego zapłacono 8 milionów złotych. Krecią robotę zrobiła
tutaj Legia, aby Widzew osłabić. Po kilku meczach Wijasa powołano do odbycia służby
wojskowej i za karę, ponieważ nie wyraził zgody na grę w Legii, zabroniono mu nawet
kopania piłki w drużynie występującej w klasie A.
Widzew znowu najlepszy!!!
Ale cofnijmy się w czasie do wiosny 1982 roku. W przedostatniej kolejce
sezonu (1 maja) Widzew zwyciężył u siebie 2:0 Arkę Gdynia. Obie bramki zdobył
Zbigniew Boniek, dla którego był to pożegnalny występ przed łódzką publicznością.
O tym kto zdobędzie tytuł mistrza Polski miały zadecydować mecze Ruch - Widzew i
Śląsk - Wisła. Krakowianie nieoczekiwanie, ale zasłużenie pokonali Śląsk 1:0, zaś
Widzew zremisował z Ruchem 1:1. Drużyny Widzewa i Śląska zdobyły tę samą liczbę
punktów, ale dzięki korzystniejszym wynikom bezpośrednich spotkań mistrzem Polski, po
raz drugi, zostali łodzianie.
- Zdobycie tytułu mistrzowskiego postawiło przed nami potrzebę
przebudowania drużyny - twierdzi Ludwik Sobolewski. - Odeszło kilku zawodników z
podstawowego składu, zaś inni szykowali się również do wyjazdów na "piłkarskie
saksy". Staraliśmy się im w tym pomóc, aby mogli, po zakończeniu kariery
sportowej, ustawić sobie lepiej życie. Przyszedł wtedy do nas, już znany, Roman
Wójcicki, który skończył służbę wojskową w Śląsku Wrocław, a obok niego
pozyskaliśmy mało znanych, ale za to bardzo utalentowanych piłkarzy młodszego
pokolenia.
W sezonie 1982/83 zadebiutowali w Widzewie, w ogóle w pierwszej lidze,
tacy piłkarze, jak: Tadeusz Świątek, Mirosław Myśliński i Wiesław Wraga. Były to
bardzo udane transfery, które pozwoliły Widzewowi odgrywać nadal nie tylko czołową
rolę w I lidze, ale i w europejskich pucharach.
Puchar Mistrzów?
Jeżeli chodzi o udział w Pucharze Mistrzów to Widzew po
wyeliminowaniu drużyny Hibernians z Malty i Rapidu Wiedeń trafił na angielski
Liverpool, który był zdecydowanym faworytem. W Łodzi wygrał Widzew 2:0 zaś w rewanżu
przegrał 2:3, co dało mu awans do półfinału Pucharu Mistrzów. Tak wysoko 13 lat
wcześniej zaszła w tej imprezie tylko warszawska Legia. W półfinale widzewiacy
napotkali na swej drodze Juventus Turyn. Tym razem los nie był dla łodzian łaskawy.
"Juve" to był wtedy zespół marzeń na czele ze Zbigniewem Bońkiem, Michelem
Platinim i Dino Zoffem w bramce. W Turynie drużyna Sobolewskiego przegrała 0:2, zaś w
rewanżu po wyrównanej walce, osiągnęła zaszczytny remis 2:2.
Piąte wicemistrzostwo
W sezonie 1982/83 Widzew nie wykorzystał szansy i zajął
"tylko" drugie miejsce w lidze, mając zaledwie jeden punkt mniej od
poznańskiego Lecha. Z "poznańską lokomotywą" ścigał się też Widzew o
palmę pierwszeństwa w następnym sezonie. I znów Lech zdołał wyprzedzić łodzian.
Tym razem tylko korzystniejszą różnicą bramkową. Był to piąty tytuł wicemistrza
Polski i następnie siódmy występ Widzewa w europejskich pucharach.
Lata 1976-1984 to najwspanialszy okres sukcesów piłkarskich w historii
Widzewa. Dwa tytuły mistrza Polski, pięć tytułów wicemistrzowskich, to dorobek,
którym nie może się poszczycić wiele klubów mających znacznie dłuższy staż
pierwszoligowy od RTS. Osiągnął też Widzew wiele na europejskiej arenie, stał się
sławny na całym bez mała świecie. Było to możliwe dzięki świetnej grze piłkarzy
oraz pracy organizacyjnej działaczy, pomocy opiekuńczych zakładów pracy i mądrej
polityce kadrowej. Ludwik Sobolewski miał z reguły dobrego nosa. Wyciągał z
peryferyjnych klubów Polski nieznanych bliżej piłkarzy, którzy później w Widzewie
awansowali wysoko w krajowej i międzynarodowej hierarchii piłkarskiej. Majstersztykiem
dyplomatycznym było kupienie z ŁKS jednego z najlepszych obrońców ligowych,
późniejszego bohatera z mistrzostw świata w Hiszpanii, Marka Dziuby. Kibice Łódzkiego
Klubu Sportowego mieli za złe kierownictwu klubu, że sprzedał własnego wychowanka do
Widzewa. Sam Marek Dziuba w rozmowie z dziennikarzem powiedział na ten temat:- Chciałbym
wreszcie chociaż raz wystąpić w europejskich pucharach. Taką szansę daje mi aktualnie
tylko gra w Widzewie. Dlatego chętnie skorzystałem z propozycji konkurencyjnego, ale
przecież bratniego, łódzkiego klubu.
Mecz pucharowy Widzewa z
Borussią Moenchengladbach
Jesienią 1984 roku spełniło się marzenie Marka Dziuby, dotarł on
wspólnie z nowymi kolegami do trzeciej rundy Pucharu UEFA. W pierwszej rundzie widzewiacy
wyeliminowali duński Aarhus GF (2:0, 0:1), następnie Borussię Moenchengladbach (2:3,
1:0) i "potknęli" się na Dynamie z Mińska (0:2, 1:0). Mecz rewanżowy odbył
się w Tbilisi (Gruzja) i miejscowi sympatycy futbolu bardzo gorąco dopingowali zespół
łódzki.
Puchar Polski dla Widzewa!
Do swych licznych sukcesów Widzew dołączył jeszcze (1985 rok)
zdobycie Pucharu Polski. Wygrał wówczas na stadionie Wojska Polskiego w Warszawie z GKS
Katowice rzutami karnymi 3:1. W PZP łodzianie wylosowali Galatasaray Stambuł, drużynę
nie najwyżej notowaną w Europie. Widzew był akurat w trakcie budowy nowego zespołu,
wypadł poniżej oczekiwań. Wprawdzie wygrał u siebie 2:1, ale na wyjeździe uległ
rywalowi 0:1. - Nasza drużyna do tego meczu nie była należycie przygotowana -
skomentował krótko niepowodzenie prezes Ludwik Sobolewski. - Ponadto, chcąc znów
odnosić sukcesy na arenie międzynarodowej musimy wzmocnić zespół kadrowo.
W następnym roku Widzew zajął trzecie miejsce w ekstraklasie, co
gwarantowało mu udział w Pucharze UEFA. Ale wzmocnienia kadrowe nie okazały się na
tyle silne, aby stawić skutecznie czoła najlepszym na starym kontynencie. Po pokonaniu
przeszkody w postaci drużyny austriackiej LASK Linz (1:1, 1:0), trafili w drugiej rundzie
na czołowy zespół Bundesligi Bayer Uerdingen remisując u siebie 0:0 i przegrywając na
boisku w Krefeld 0:2.
Marsz w dół...
Nastąpiły lata chude dla widzewskiej piłki nożnej. Pogarszająca
się sytuacja ekonomiczna państwowych zakładów pracy, które sponsorowały Widzew nie
pozwoliła klubowi dalsze rozwijanie się. Do głębokiego kryzysu doszło w 1988 roku,
kiedy na skutek decyzji politycznej (zebranie sprawozdawczo-wyborcze okazało się farsą)
zmieniony został gruntownie zarząd RTS. Musiał odejść prezes Ludwik Sobolewski i jego
najbliżsi współpracownicy. Nowi ludzie kierujący klubem nie zdali egzaminu. Piłka
nożna w Widzewie chyliła się coraz bardziej po równi pochyłej.
W 1990 roku Ludwik Sobolewski, pod naciskiem opinii publicznej,
powrócił do Widzewa. Nie zdołał, mimo czynionych wysiłków, uratować drużyny przed
degradacją z ekstraklasy. Kwarantanna Widzewa w drugiej lidze trwała tylko jeden sezon
(1990/91). Sobolewski, wraz ze swymi najbliższymi współpracownikami, odwiedzał w
międzyczasie liczne stadiony pierwszej i drugiej ligi. Wynikiem tych obserwacji było
pozyskanie m.in. takich piłkarzy, jak: Piotr Wojdyga, Bogdan Jóźwiak i Paweł
Miąszkiewicz. I znów przebojem wdarł się Widzew do polskiej czołówki, zajmując w
sezonie 1991/1992 trzecie miejsce.
Kompromitacja...
Kolejny start w europejskich pucharach. Wylosowano jeden z najlepszych w
tym czasie zespołów w Europie, Eintracht Frankfurt. Szeregi Widzewa wzmocnił jeden z
najbardziej bramkostrzelnych napastników w polskiej lidze, Marek Koniarek. Mimo to po
remisie 2:2 w Łodzi Eintracht rozgromił widzewiaków na boisku we Frankfurcie 9:0. - To
był, nie tylko dla mnie, ogromny szok - stwierdził po tym niefortunnym występie
prezes Sobolewski. - Szok podwójny: sportowy i moralny. Namówiłem ludzi, znanych w
Łodzi i w Polsce biznesmenów, aby włożyli w piłkarski Widzew swe prywatne pieniądze.
Bałem się, że to niepowodzenie może ich zrazić do dalszego finansowania klubu. Na
szczęście Andrzej Pawelec, Andrzej Grajewski i Ismat Koussan okazali się przyjaciółmi
Widzewa z prawdziwego zdarzenia, wykazując przy tym dużo zdrowego rozsądku. Przyznaję,
iż bałem się wtedy, że moja idea utworzenia Autonomicznej Sekcji Piłki Nożnej Widzew
S.A. może upaść. A była to jedyna droga, aby w zmienionych warunkach ustrojowych
piłka nożna w Widzewie mogła się nadal pomyślnie rozwijać.
Widzew znowu drugi...
Ostatecznie wszystko potoczyło się pomyślnie i Widzew znów mógł
podjąć walkę o prymat w kraju. Po kilku latach kiedy to drużyna plasowała się w
środkowych rejonach tabeli przełom nadszedł w sezonie 1994/95. Widzew został mistrzem
jesieni tuż przed Legią Warszawa i z kilkoma punktami przewagi nad zespołem GKS
Katowice. Wiosna upłynęła pod znakiem rywalizacji łodzian z wojskowymi. Ostatecznie z
tego pojedynku obronną ręką wyszła Legia, a widzewiakom przypadł w udziale kolejny
tytuł wicemistrza Polski. Dużą rolę w tym sukcesie odegrało przyjście do zespołu
trenera Franciszka Smudy, który potrafił odpowiednio zmobilizować drużynę i
odpowiednio pomóc poszczególnym graczom w doskonaleniu swoich umiejętności.
Aby zespół mógł z powodzeniem walczyć o prymat w kraju musiało
nastąpić jego wzmocnienie. W Widzewie pojawiło się wielu młodych i utalentowanych
zawodników: Mirosław Szymkowiak, Daniel Bogusz, Marek Citko. Szczególnie sprowadzenie
do Łodzi z Jagiellonii Białystok tego ostatniego okazało się doskonałym posunięciem.
Drużyna z doskonałą obroną (Andrzej Woźniak w bramce, Tomasz Łapiński, Marek
Bajor), silną drugą linią (Ryszard Czerwiec, Zbigniew Wyciszkiewicz, Marek Citko) i
superskutecznym atakiem (Marek Koniarek, Rafał Siadaczka) był naprawdę potężnym
przeciwnikiem, którego mogła się bać każda drużyna w kraju.
Wysokie miejsce w tabeli wiązało się oczywiście z kolejnym występem
w pucharze UEFA. Nie można jednak tego występu zaliczyć do udanych. Widzew odpadł
stosunkowo wcześnie i to z właściwie dotąd nieznanym rywalem, Czernomorcem Odessa.
Pierwszy mecz odbył się na wyjeździe, gdzie łodzianie przegrali 1:0. Mimo to kibice
byli optymistycznie nastawieni co do wyniku rywalizacji w perspektywie rewanżu na
stadionie przy alei Piłsudskiego. Mecz ten odbywał się pod dyktando Widzewa, a gra
prawie cały czas toczyła się na połowie zawodników z Odessy. Niestety łodzianom
brakowało skuteczności. W regulaminowym czasie padła tylko jedna bramka, a dogrywka
również nie przyniosła rozstrzygnięcia. W tej sytuacji o wszystkim decydowały rzuty
karne, w których lepsi okazali się Ukraińcy. Bohaterem meczu został bramkarz
Czernomorca będący w niesamowitej dyspozycji i tylko dzięki niemu nadzieje łodzian na
dalszą grę w europejskich pucharach zostały przekreślone.
Na mistrza przyszedł czas...
(NIEPOKONANI!!!)
Sezon 1995/96 to chyba najwspanialszy sezon Widzewa w historii jego
występów w ekstraklasie. Cały czas toczyła się walka o mistrzostwo Polski między
łodzianami a Legią Warszawa osławioną udanymi występami w Lidze Mistrzów. Dominacja
tych dwóch drużyn była tak widoczna, że już na kilka kolejek przed końcem było
jasne, że tylko jedna nich może zdobyć tytuł najlepszego zespołu Polski. Dość
powiedzieć, że po zakończeniu sezonu trzeci zespół rozgrywek, Hutnik Kraków, miał
do lidera 36 punktów straty. Widzew i Legia "szły równo", żadna z drużyn
nie była w stanie wywalczyć jakiejkolwiek większej przewagi punktowej nad drugą. W tej
sytuacji o tytule mistrza Polski decydowało spotkanie dwóch czołowych zespołów na
Łazienkowskiej. Na cztery kolejki przed końcem sezonu zespoły te miały równą ilość
zdobytych punktów i wiadome było, iż drużyna, która wygra nie da sobie już wydrzeć
zdobytej przewagi. Mecz w Warszawie był bardzo zacięty. Po bezbramkowej pierwszej
połowie, w drugiej pierwsi przebudzili się legioniści zdobywając bramkę po rzucie
rożnym i strzale Wieszczyckiego. Widzew jednak nie załamał się. Zaznaczyła się jego
wyraźna przewaga, a jej udokumentowanie było tylko kwestią czasu. I rzeczywiście po
golach Koniarka i Szarpaka ze zwycięstwa 1:2 cieszyli się łodzianie. W trzech ostatnich kolejkach nie
dali już sobie odebrać prowadzenia i sięgnęli po raz trzeci w historii po tytuł
mistrza Polski. Później zdobyli jeszcze superpuchar wygrywając ze zdobywcą Pucharu
Polski Ruchem Chorzów. Należy zauważyć, że Widzew w sezonie 1995/1996 ani razu nie
schodził z boiska pokonany notując siedem remisów i aż 27 zwycięstw. Królem
strzelców został Marek Koniarek strzelając 29 bramek osiągając jednocześnie w swojej
karierze ligowej granicę stu goli.
Wzmocnienia nadchodzą
Mając w perspektywie występ w rundzie kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów
zespół musiał znów zostać wzmocniony. Sprowadzono do Widzewa z Legii Radosława
Michalskiego i Macieja Szczęsnego, który zajął w bramce miejsce Andrzeja Woźniaka,
który odszedł do portugalskiego FC Porto, z Lecha Pawła Wojtalę i Jacka Dembińskiego
oraz Sławomira Majaka i Marcina Zająca. W trakcie następnego sezonu na skutek
nieporozumień z trenerem rozstał się z Widzewem Marek Koniarek, jednak trzeba przyznać
że znaleźli się godni jego zastępcy.
Widzew pokazuje charakter
W rundzie wstępnej Ligi Mistrzów Widzew toczył dramatyczną i
ekscytującą batalię z mistrzami Danii, zespołem Brondby Kopenhaga. W Łodzi po
niezłym meczu Polacy zwyciężyli 2:1, lecz w dwumeczu w roli faworytów stawiano raczej
naszych przeciwników. Rzeczywiście w rewanżu początkowo nic nie wskazywało na
możliwość odniesienia sukcesu. Jeszcze na około pół godziny przed końcowym
gwizdkiem arbitra Brondby prowadziło 3:0. Później jednak gra się wyrównała, a Widzew
pokazał, iż potrafi walczyć do końca. Najpierw bramkę strzelił Citko po wspaniałym
wyprowadzeniu kontry przez Michalskiego, a w ostatniej minucie meczu widzewiacy strzelili
drugą bramkę po ogromnym zamieszaniu na polu karnym. Wynik 3:2 dał awans do Ligi
Mistrzów łodzianom.
W Lidze Mistrzów w grupie z Widzewem znalazły się prawdziwe potęgi
piłkarskie: Borussia Dortmunt, Atletico Madryt i Steaua Bukareszt. Łodzianie przez wielu
byli skazywani na rolę "chłopców do bicia". Tymczasem widzewiacy
zaprezentowali się bardzo korzystnie ustępując jednak mistrzom Niemiec i Hiszpanii lecz
pokonując Rumunów. Wart wspomnienia jest fakt, iż w meczu łodzian z Borussią
Dortmund, czyli późniejszym zwycięzcą Ligi Mistrzów, padł wynik remisowy, a bliżej
zwycięstwa byli widzewiacy.
Widzew mistrzem czwarty raz
Sezon 1996/97 ponownie tylko dwa zespoły liczyły się w rywalizacji o
mistrzostwo. Widzew i Legia znów uzyskały miażdżącą przewagę nad resztą drużyn.
Po rundzie jesiennej nieznacznie lepsi okazali się łodzianie, ale w trakcie przerwy
zimowej odeszli z drużyny dwaj podstawowi zawodnicy Widzewa: Ryszard Czerwiec i Paweł
Wojtala. Całe szczęście, że znaleźli się ich godni zastępcy: pozyskany z Ruchu
Dariusz Gęsior i Mołdawianin Alexander Curtian. Ponownie o losach tytułu zadecydowało
bezpośrednie spotkanie pretendentów do korony mistrzowskiej, które odbyło się 18
czerwca w Warszawie. Do 88 minuty Legia prowadziła 2:0 po bramkach Kucharskiego i
Czereszewskiego. Niewielu wierzyło wtedy w sukces łodzian. A jednak kolejno Sławomir
Majak, Dariusz Gęsior i Andrzej Michalczuk potrafili pokonać bramkarza warszawskiego i
mecz zakończył się zwycięstwem Widzewa. To oznaczało, że niezależnie od wyników
ostatniej kolejki ekstraklasy tytuł mistrza Polski pozostanie w Łodzi.
Czwarte miejsce, kłopoty...
Sezon 1997/98 miał być przełomowy dla kolejnych lat
polskiej ligi. Jako "trzecią siłę" typowano ŁKS lub Polonię Warszawa.
Dobrze wystartował ŁKS i na półmetku był trzeci z dorobkiem 31 punktów, za Legią 32
i Widzewem 33. Tak więc Widzew mistrzem jesieni! Można się było cieszyć, ale sytuacja
w klubie nie skłaniała do tego. Piłkarze nie dostawali pieniędzy, klub chylił się ku
upadkowi. Prezesem został Ludwik Sobolewski, powoli spłacił piłkarzom ich pieniądze i
Widzew mógł skupić się na grze. Niestety, ciągłe kłopoty z pieniędzmi i
przetasowania w klubie spowodowały złe przepracowanie okresu przygotowawczego i w
pierwszych 5 meczach rundy wiosennej Widzew zdobył 4 punkty. Potem doszła jeszcze wysoka
(6:0) porażka z Wisłą i pesymiści mówili nawet o spadku z I ligi. Na szczęście
Franek Smuda potrafił zmobilizować swoich piłkarzy i Widzew wygrał 6 z ostatnich 7
meczów. Widzew do końca walczył o miejsca w pucharze UEFA, ale niestety nie udało
się... zabrakło jednego puntku. Widzew kończy sezon na czwartym miejscu, za ŁKS Ptak,
Polonią i Wisłą z dorobkiem 61 punktów. Po zakończeniu sezonu z klubem rozstaje się
trener Franciszek Smuda, który, wzruszony wyrazami sympatii od kibiców, mówi, że
"kiedyś jeszcze tu wróci".
Trenerska karuzela
Okres przygotowawczy do sezonu 1998/99 piłkarze
przepracowali z dotychczasowym asystentem Franciszka Smudy, Andrzejem Pyrdołem. Okazało
się jednak, że zwykłe "gierki" na świeżym powietrzu nie wystarczą do
uzyskania dobrej kondycji i widzewiacy sezon rozpoczęli od katastrofalnej porażki 0:5 w
Radzionkowie. Tutaj na szczęście z dobrej strony pokazał się prezes Pawelec, który
zatrudnił natychmiast znanego trenera, wyrzuconego z Wisły Wojciecha Łazarka. Popularny
"Baryła" ostro wziął się do pracy i zagonił do roboty zawodników. Widzew
wreszcie zaczął wygrywać. Ale w pewnym momencie stało się coś dziwnego - Widzew
wygrywał wszystkie mecze u siebie, a na wyjazdach przegrywał spotkanie za spotkaniem.
Zawodnicy skarżyli się na duże obciążenia treningowe i prezes zwolnił trenera
Łazarka, który popadł w konflikt z zespołem. Na jego miejsce zatrudniono Marka
Dziubę. Trener Dziuba dał zawodnikom trochę "luzu" i efektem były 4 wygrane
mecze z rzędu (3 w lidze - z Lechem, ŁKS'em i Amicą oraz z Groclinem w Pucharze
Polski). Widzew zakończył jesień w lidze na 5 miejscu z 15 punktami straty do
liderującej krakowskiej Wisły i w 1/4 finału Pucharu Polski. Kibice z
niecierpliwością oczekiwali wiosny...
Wiosna rozpoczęła się wspaniale - 5 zwycięstw w lidze z
rzędu i awans do 1/2 finału Pucharu Polski. Potem lekkie rozprężenie, porażka z Odrą
w Wodzisławiu, ale też i zwycięstwo z Legią 3:2 i Wisłą 1:0. W walce o
wicemistrzostwo liczył się Widzew i Lech. Legia pozostawała kilka punktów z tyłu. Końcówkę
Widzew miał jednak dość nerwową. Po kolejnej serii zwycięstw (Bełchatów, Zagłębie,
Wisła) nadeszła porażka ze Stomilem w Olsztynie i remis z Ruchem u siebie. Decydujący
miał się okazać mecz w Poznaniu, wygrany niestety przez poznańskiego Lecha. Przed
ostatnią kolejką Widzew spadł aż na 4. miejsce i mógł w ogóle pożegnać się z
pucharami europejskimi. W ostatniej kolejce Lech przegrał jednak w Radzionkowie 4:1,
Widzew wygrał debry Łodzi 5:0 i to właśnie łodzianie zagrać mieli w kwalifikacjach
do Ligi Mistrzów! |