H. M.
Psychologowie
Fragment
Osoby:
Kobieta
Osobnik
Aneta, współlokatorka pokoju Kobiety
Początek grudnia. Niewielka, zagracona izba
Kobiety. Na ścianie kilim z wizerunkiem Zygmunta Freuda; pod
jednym z (dwóch) tapczanów to, co nieuświadomione; na
podłodze kilka pustych butelek po piwie, resztki szklanych lufek
i dość sfatygowane roczniki "Wałbrzyskich Zeszytów
Psychologicznych". Pod oknem, na prostym choć skrycie wyrafinowanym
krześle przycupnęła Kobieta: osoba skłonna do pogłębionej
kontemplacji, okryta kwiecistą, zorientowaną
nonkonformistycznie szatą (buty - na koturnie). Niewiasta
obserwuje (wnikliwie).
Otwierają się drzwi. Wchodzi niemłody już, krótko
ostrzyżony, zaangażowany ideowo Osobnik. Przyodziany jest we fioletową
koszulę ze srebrnym napisem "Turbo Techno Cyber",
wyświechtaną wełnianą kamizelkę i rozszerzane ku dołowi
brązowe spodnie; koniecznie masywne sandały na traktorowej
podeszwie. Gość strzepuje z rękawa okruchy niedopalonej trawy
i rzuca w kąt plikiem wytłuszczonych książek (Skinner,
Pawłow, Kerouac, Stasiuk, Hesse, ewentualnie "Nagi
lunch").
Osobnik: To ponad moje siły. [Milczy.]
Kobieta: [Na stronie.] To ponad jego siły. [Także
milczy.]
Kobieta: Chcesz o tym porozmawiać?
Osobnik: [Milczy.]
Kobieta: Musisz zaakceptować siebie takiego, jakim
jesteś. Wyznacz sobie jakiś cel. Nie możesz skupiać swej
uwagi na własnych kłopotach, zrób coś dla otoczenia, spróbuj
wybrać się tak jak twoi koledzy na jakiś wykład.
Doświadczenia psychedeliczne to nie wszystko. Jest jeszcze inne,
prawdziwe życie; życie, o którym mogłeś już zapomnieć, ale
które toczy się w nieubłagany sposób. Postaraj się to
zrozumieć. Przełam się.
Osobnik: [Przełamuje się.]
Kobieta: No widzisz.
Osobnik: To i tak niczego nie zmienia. W gruncie rzeczy
zasmucenie moje spowodowane jest czymś innym.
Kobieta: O co chodzi? Znowu On?
Osobnik: Tak, odezwał się. Nie daje spokoju. Darmo
zrezygnowałem ze stałego miejsca zamieszkania, darmo
odwlekałem telefoniczne pogawędki z Południem... On nie
ustępuje.
Kobieta: [Reaguje wzburzeniem.] Aneto! Chodź
tu natychmiast, proszę cię!
Wbiega Aneta - niewiasta o estetyce opisanej wyżej Kobiety.
Aneta: Co się stało?
Kobieta: Prosiliśmy cię, żebyś nie przyjmowała
telefonów z Galicji... Po co to robisz...?
Aneta: Nie mogłam temu zapobiec. Podbiegłam do
aparatu, On od razu się odezwał, odruchowo odpowiedziałam...
Potem głupio było tak nagle odwiesić słuchawkę...
Kobieta: Mogłaś przynajmniej nie mówić o tym Woo Cashowi:
spójrz teraz na niego. Przecież wiesz, jak źle to znosi... Mieliśmy
nadzieję, że wreszcie skończą się te listy i telefony z
południa... [Chowa twarz w dłoniach.] Eee, to zresztą
nie twoja wina. Jaki tym razem był cel jego kontaktu?
Aneta: Nie mam pojęcia. Mówił, że chce tylko podać
swój nowy adres. Przypuszczam jednak, że znowu coś kręci.
Kobieta: No tak... Może dalej nurtuje go sprawa
sylwestra. Ale my nie pozwolimy, aby...
Osobnik: [Przerywa Kobiecie umęczonym głosem.] Nie
zaczynaj od początku. Znam doskonale twój stosunek do Niego i jego
projektów i nie musisz mi tego wszystkiego przypominać...
Kobieta: Właśnie że nie znasz! Ile razy mam ci
powtarzać, że przyjęłam przeprosiny H.M., że w ogóle jego
wady i manie nie stanowią dla mnie żadnej bariery. Po prostu:
On znajduje się poza horyzontem mojej towarzyskiej aktywności.
Wszystkie drobne epizody z mej przeszłości, które mają z jego
Osobą jakikolwiek związek, zapadły się już dawno w mrok.
Żyję Wrocławiem, jego tramwajami, klubami, lokomotywami i
placami; moje miejsce jest tu i teraz, w tym mieście i w czasie teraźniejszym.
Z H.M. nie mam wspólnych tematów, nie potrafię się w jego
obecności zachować - tak samo jak On nie potrafi zachować się
w mojej. Nie muszę i nie chcę z nim rozmawiać, nie muszę i
nie chcę pisać do niego listów! Mam tą podstawową wolność
i nikt mi jej, do kroćset, nie zabierze! Naprawdę nie o to
chodzi, czy H.M. wydaje mi się bardziej lub mniej sympatycznym
człowiekiem... Chodzi o to, że pomiędzy mną a nim
rozciągają się dziesiątki kilometrów niepokonywalnej
przestrzeni, kilka miesięcy bezlitosnego kalendarza. H.M. żyje
w dalekim świecie, który ani trochę mnie nie obchodzi.
Osobnik: Jak zatem mamy postąpić? Może wystarczy
zwykła, lapidarna kartka świąteczna? A może właśnie
skontaktujemy się z nim, lecz odpowiednio późno - tak, aby nie
było już możliwości zorganizowania czegokolwiek. W ten sposób przejawimy
rzekomą dobrą wolę, a zarazem sprytnie położymy całe
przedsięwzięcie...
Aneta: To jest dobra myśl! Jeśli mogę wam coś
doradzić, to chyba tak powinniście postąpić.
Osobnik: [Opiera się głową o ścianę i bezsilnie uderza
zaciśniętą pięścią w ścianę.] To nie ma sensu...
Lepiej powiedzmy Mu wprost, iżby zamilknął, iżby nie
emitował coraz to nowych, niepotrzebnych sygnałów. Nie zniosę
ani dnia dłużej tej dzikiej psychozy: czy znowu odnajdę w swej
skrzynce list, czy znowu odezwie się u telefon...
Kobieta: Nie martwmy się! Zresztą niezależnie od
wszystkiego mamy już inne plany. Wysuwam propozycję: chodźmy
do miasta, zostawmy za sobą przykre wspomnienia i rozterki!
Osobnik: Chodźmy! Gdzie jest mój wirtualny kask i
zapalniczka?
Dziennik psychotroniczny RG Woo Casha | Strona główna |
©1997 Ars Marana